Zimniej niż w piekle.
: 2012-06-15, 16:57
ZIMNIEJ NIŻ W PIEKLE
-VERFLUCHTE! – zakląłem głośno, gdy z kosza wysunęła się łuska i spadła mi na stopę. Pieprzone cholerstwo! Co za kretyn nie zapiął pokrywy zamykającej kosz!
-MARTIN! Ty skończony idioto, patrz jak zabezpieczasz pojemniki!
-Odwal się chamie.
Chciałem w niego rzucić tym przeklętym koszem, ale nagle coś mnie tchnęło...
PSIAKREW! Kiedy tu przyjechaliśmy, atmosfera była jak z jakiegoś romansu wojennego: grupa zgranych kumpli, wierna maszyna, czyli nasze Acht Komma Acht oraz niemalże same sukcesy na froncie. Nikt nie wierzył, że może być inaczej.
I wtedy spadł śnieg...
...a temperatura spadła do chyba minus stu stopni...
Momentalnie nastroje zrobiły się gorsze niż we frontowym burdelu w czasie braku panienek. Skaczemy sobie do oczu, życzymy najgorszej śmierci i wzajemnie gnoimy.
I to wszystko w atmosferze zamarzających zamków w działach.
*
Leutnant przeczesywał lornetką przedpole, wyszukując czegokolwiek, co mogło choć trochę przypominać ruski czołg albo samolot. W pewnej chwili spytał:
-Amunicja przygotowana?
-Jawohl!
-To świetnie, bo mamy gości... ALARM!
Wszyscy poderwali się z letargu i instynktownie poustawiali na pozycje bojowe. Mechanicznie wyjąłem nabój z kosza i podałem drugiemu ładowniczemu. Ten wsadził go do nastawnicy zapalników i czekał na meldunek od dalmierzysty...
-Namierz tego na dwunastej! - rozkazał Leutnant
-Trzy-sto na wprost!
-Gotowe! – trzeci ładowniczy wsunął nabój w lufę, a strzelec wraz z operatorem wycelowali działo w kierunku ciemnego punkcika, ledwo widocznego na horyzoncie.
-Warten... warten... – spokojnie mówił dowódca, nie odrywając lornetki od oczu – jakieś dwadzieścia czołgów… na trzy działa... to mamy po sześć i dwa gratis. Trzy sto... i dwadzieścia strzałów na minutę... czyli należy odpalić wtedy gdy... FEUER!
Rozległ się suchy huk, a ziemia zadrżała. Lufa cofnęła się wypluwając z siebie dymiącą łuskę. Błyskawicznie załadowano następną, gdy na horyzoncie ujrzeliśmy błysk... a potem drugi i trzeci.
-Ładny strzał.. hehe, Karl z Johannem również nie pudłują. Achtung! FEUER!
Kolejny huk, kolejna łuska, kolejny rozbłysk, a następnie słup dymu niczym struga krwi strzelająca w niebo.
Mijały minuty, a przedpole przypominało teraz pożar, upstrzone płonącymi wrakami. Już tylko jakieś trzy czołgi zostały do odstrzelenia, jednak były już blisko... bardzo blisko!
Sięgając po następny nabój z kosza nagle poczułem zimny pot na plecach... to nie mróz wykręcający palce... to strach!
Coś pójdzie nie tak! Już za chwilę! Trzeba wiać!
Podniosłem się przerażony i w tej samej chwili stało się...
Ogłuszyła mnie eksplozja, ujrzałem jedynie komorę nabojową rozerwaną potężnym wybuchem... a Xaviera lecącego na ziemię... z krwawą miazgą zamiast twarzy.
-DONNERWETTER! Co jest do diabła? – dowódca jak skamieniały to patrzył na rozsadzone działo, to na wijącego się na ziemi operatora. Nagle oprzytomniał, wyjął pistolet i bez mrugnięcia zastrzelił rannego – to od tego przeklętego mrozu... rozszczelniła się łuska... i coś pieprznęło... – jego słowa zagłuszył warkot dieslowskiego silnika i klekot gąsienic..
To ten ostatni czołg, dla którego był przeznaczony nasz pocisk.
Był jakieś dwadzieścia metrów od nas.
-UCIEKAAAĆ!
Rzuciliśmy się do biegu tak jak staliśmy, każdy w inną stronę.
Byle dalej, byle szybciej, byle przeżyć. Usłyszałem terkot kaemu, a potem upiorny krzyk przeszywający kości.
Śnieg prawie do kolan, biegnę dalej przed siebie, bez celu...
Nie usłyszałem niczego, niczego nie ujrzałem, nie czułem nawet bólu.
Po prostu upadłem nagle w śnieg.
Adrenalina rozsadzała mi żyły, lecz nie mogłem się ruszyć. Mijały bezczynne minuty, moje zmysły zamilkły.
I wtedy przyszło piekło.
Wygiąłem się w łuk z bólu, jakby ktoś mi bagnetem przebił oba kolana. Kątem oka dojrzałem na spodniach dwie krwawe plamy, rosnące z każdą chwilą. Spróbowałem się czołgać, ale śnieg to całkowicie uniemożliwiał, tylko niepotrzebnie się zmęczyłem. Leżałem więc dalej, oddychając coraz wolniej, czując coraz mniejszy ból... coraz mniej czegokolwiek.
Aż w końcu nie mogłem się opanować przed zaśnięciem.
...
Main Gott, czemu tak mi zimno?
-VERFLUCHTE! – zakląłem głośno, gdy z kosza wysunęła się łuska i spadła mi na stopę. Pieprzone cholerstwo! Co za kretyn nie zapiął pokrywy zamykającej kosz!
-MARTIN! Ty skończony idioto, patrz jak zabezpieczasz pojemniki!
-Odwal się chamie.
Chciałem w niego rzucić tym przeklętym koszem, ale nagle coś mnie tchnęło...
PSIAKREW! Kiedy tu przyjechaliśmy, atmosfera była jak z jakiegoś romansu wojennego: grupa zgranych kumpli, wierna maszyna, czyli nasze Acht Komma Acht oraz niemalże same sukcesy na froncie. Nikt nie wierzył, że może być inaczej.
I wtedy spadł śnieg...
...a temperatura spadła do chyba minus stu stopni...
Momentalnie nastroje zrobiły się gorsze niż we frontowym burdelu w czasie braku panienek. Skaczemy sobie do oczu, życzymy najgorszej śmierci i wzajemnie gnoimy.
I to wszystko w atmosferze zamarzających zamków w działach.
*
Leutnant przeczesywał lornetką przedpole, wyszukując czegokolwiek, co mogło choć trochę przypominać ruski czołg albo samolot. W pewnej chwili spytał:
-Amunicja przygotowana?
-Jawohl!
-To świetnie, bo mamy gości... ALARM!
Wszyscy poderwali się z letargu i instynktownie poustawiali na pozycje bojowe. Mechanicznie wyjąłem nabój z kosza i podałem drugiemu ładowniczemu. Ten wsadził go do nastawnicy zapalników i czekał na meldunek od dalmierzysty...
-Namierz tego na dwunastej! - rozkazał Leutnant
-Trzy-sto na wprost!
-Gotowe! – trzeci ładowniczy wsunął nabój w lufę, a strzelec wraz z operatorem wycelowali działo w kierunku ciemnego punkcika, ledwo widocznego na horyzoncie.
-Warten... warten... – spokojnie mówił dowódca, nie odrywając lornetki od oczu – jakieś dwadzieścia czołgów… na trzy działa... to mamy po sześć i dwa gratis. Trzy sto... i dwadzieścia strzałów na minutę... czyli należy odpalić wtedy gdy... FEUER!
Rozległ się suchy huk, a ziemia zadrżała. Lufa cofnęła się wypluwając z siebie dymiącą łuskę. Błyskawicznie załadowano następną, gdy na horyzoncie ujrzeliśmy błysk... a potem drugi i trzeci.
-Ładny strzał.. hehe, Karl z Johannem również nie pudłują. Achtung! FEUER!
Kolejny huk, kolejna łuska, kolejny rozbłysk, a następnie słup dymu niczym struga krwi strzelająca w niebo.
Mijały minuty, a przedpole przypominało teraz pożar, upstrzone płonącymi wrakami. Już tylko jakieś trzy czołgi zostały do odstrzelenia, jednak były już blisko... bardzo blisko!
Sięgając po następny nabój z kosza nagle poczułem zimny pot na plecach... to nie mróz wykręcający palce... to strach!
Coś pójdzie nie tak! Już za chwilę! Trzeba wiać!
Podniosłem się przerażony i w tej samej chwili stało się...
Ogłuszyła mnie eksplozja, ujrzałem jedynie komorę nabojową rozerwaną potężnym wybuchem... a Xaviera lecącego na ziemię... z krwawą miazgą zamiast twarzy.
-DONNERWETTER! Co jest do diabła? – dowódca jak skamieniały to patrzył na rozsadzone działo, to na wijącego się na ziemi operatora. Nagle oprzytomniał, wyjął pistolet i bez mrugnięcia zastrzelił rannego – to od tego przeklętego mrozu... rozszczelniła się łuska... i coś pieprznęło... – jego słowa zagłuszył warkot dieslowskiego silnika i klekot gąsienic..
To ten ostatni czołg, dla którego był przeznaczony nasz pocisk.
Był jakieś dwadzieścia metrów od nas.
-UCIEKAAAĆ!
Rzuciliśmy się do biegu tak jak staliśmy, każdy w inną stronę.
Byle dalej, byle szybciej, byle przeżyć. Usłyszałem terkot kaemu, a potem upiorny krzyk przeszywający kości.
Śnieg prawie do kolan, biegnę dalej przed siebie, bez celu...
Nie usłyszałem niczego, niczego nie ujrzałem, nie czułem nawet bólu.
Po prostu upadłem nagle w śnieg.
Adrenalina rozsadzała mi żyły, lecz nie mogłem się ruszyć. Mijały bezczynne minuty, moje zmysły zamilkły.
I wtedy przyszło piekło.
Wygiąłem się w łuk z bólu, jakby ktoś mi bagnetem przebił oba kolana. Kątem oka dojrzałem na spodniach dwie krwawe plamy, rosnące z każdą chwilą. Spróbowałem się czołgać, ale śnieg to całkowicie uniemożliwiał, tylko niepotrzebnie się zmęczyłem. Leżałem więc dalej, oddychając coraz wolniej, czując coraz mniejszy ból... coraz mniej czegokolwiek.
Aż w końcu nie mogłem się opanować przed zaśnięciem.
...
Main Gott, czemu tak mi zimno?