Łóżko

Jazda swobodna w granicach przyzwoitego zachowania.
Awatar użytkownika
SPIDIvonMARDER
Generał-komandor
Posty: 3024
https://www.houzz.com/pro/kuchnie/meble-kuchenne-i-kuchnie-na-wymiar-warszawa
Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
Nick w ET: SPIDIvonMARDER
Kontakt:

Łóżko

Post autor: SPIDIvonMARDER »

(zainspirowane wspomnieniami koleżanki ze szpitala. Koleżanki, która o mało się nie zabiła anoreksją...)

ŁÓŻKO

Nie czuję niczego. Absolutnie niczego. To znaczy, okej, coś jednak czuję, że leżę na czymś miękkim, zapewne lóżko. Lecz poza tym zero, null, end.
I jeszcze zapach... krochmalu i lekarstw. To szpital zatem... cóż wiele się wyjaśnia. Skoro szpital, to pewnie tu leżę jako pacjentka albo ranna... ale czemu? Cholera... nic nie pamiętam... wypadek? Napadli mnie i pokroi? A może w przypływie emocji podcięłam coś sobie?
Rany... gdyby tak wróciło choć jedno wspomnienie…
Co ja wygaduję! Przecież wiem wszystko! Nazywam się Weronika, mam osiemnaście lat, długie rude włosy, niebieskie oczy i jakieś 166 centymetrów wzrostu. No to okej, amnezję możemy wykluczyć, tylko czemu do diabła nie wiem co tu robię?
I czemu nie mogę otworzyć oczu?
A jednak chyba mogę... trzy, cztery…
Światło mnie nieomal oślepiło, ale już po chwili widziałam nad sobą biały sufit z starą lampą świetlówkową, jakie to montowano wszędzie 20 lat temu. A więc na stówę szpital, a ja leżę pod kołdrą i dobrze się czuję!
Obróciłam zatem głowę by spojrzeć w lewo i ujrzałam kolejne łóżko, również zajęte. Leżąca tam dziewczyna była chyba w moim wieku, tyle że ze włosy miała czarne i twarz zaciętą. Wpatrywała się w sufit z wyraźnym gniewem, jakby myślała o czymś przykrym.
-Cześć – przywitałam się. Ku swojemu zdziwieniu, głos miałam całkowicie normalny, nawet nie ochrypnięty. Niestety nie dało się tego powiedzieć o jej głosie, który był bardzo słaby i jakby przepity:
-O cześć! – grymas znikł z jej twarzy, lecz pozostał w oczach – Jestem Magda, w ty Weronika, tak?
-Tak. Skąd wiesz?
-Czytałam twoją kartę. Wybacz że nie podam ci ręki, ale nie sięgnę, a chodzenie samodzielne jeszcze mi nie wychodzi.
-A co ci jest?
-To samo co tobie...
-To znaczy?
-No jak to? – zdziwiła się – nie wiesz po jaką cholerę tu przyjechałaś? No nie na wczasy...
-Naprawdę nie wiem.
-Anoreksja... przecież
Jak to?! Przecież... nigdy się nie odchudzałam, wręcz byłam dumna ze swoich nie najmniejszych kształtów! Dobrze pamiętam jak niedawno dostałam na urodziny taką zieloną bluzkę, która była jednak przykrótka i brzuch z niej wystawał. Mama mi mruknęła, że ją przerobi, ale ja powiedziałam, że właśnie tak jest seksownie i w ogóle... to w takim razie...
-Jak nie wierzysz, to odgarnij kołdrę... – uczyniłam to od razu. Ubrana byłam w pasiastą piżamę zapinaną na guziki. Rozpięłam ja i ujrzałam wystające żebra, wklęsły brzuch i całkowity brak biustu. O matko...
-O matko... to nie ja!
-Ty, a kto? Odcięli ci głowę i przyszyli komu innemu? Daj spokój... ja się nie wstydzę, jedynie mi głupio że tak się dałam. To wszystko wina przez tego ch**a, mojego ex. Ciągle napierał na mnie, bym się odchudzała „bym była zajebistą laską". A ja taka skończona frajerka to robiłam... byłam nawet szczęśliwa, że potrafię bez bólu nie jeść przez dwa dni. Aż w końcu na jakiejś randce u mnie zasłabłam, a ta złamana pizda nawet nie zadzwoniła po pogotowie tylko spierniczała! Rodzice mnie znaleźli dwie godziny później i tutaj trafiłam... k***a! – jej wybuch zaskoczyłby mnie dużo bardziej, gdyby nie fakt że już byłam pogrążona w szoku.
-O matko – powtórzyłam jedynie
-Ale teraz już wiem wszystko o sobie i o nim. Tylko żołądek jeszcze nie przyzwyczaił się zbytnio do jedzenia czegokolwiek, dlatego tu siedzę. Nie mam jeszcze ani brzucha ani cycków...
-Ale... to gdzie my jesteśmy? W psychiatryku?
-Zgadza się... i to nie w byle jakim wariatkowie, ale takim relikcie z poprzedniego ustroju, który genialnie się trzyma. Na czele stoi ten skończony sukinsyn ze swoją banda przydupasów... nie licz, że szybko stad wyjdziesz dzięki nim. Wymyślają jakieś super dziwne choroby i dzięki temu mają większe dotacje z podatków. Pomnóż to przez na przykład półroczny pobyt biednego frajera jak ty albo ja i masz nowego BMW dla dyrektora szpitala.
-Półroczny? – zadrżałam
-Ja jestem tu trzy miesiące i już wiem, że to dopiero połowa, choć gdyby mnie leczyli normalnie, to już byłabym w domu i mogła zabić tego ch**a. Ale niestety, gniję tutaj... dlatego ci mówię, byś dołączyła do nas!
-To znaczy?
-Jest nas na oddziale cztery laski, z tobą pięć i wszystkie dobrze wiemy co robić by nie dać się zaszczuć. Tutaj nawet za narzekanie na jedzenie możesz dostać jakiejś zbędne, ale czterogodzinne badanie, które ciebie rozpierdoli psychicznie. Dlatego założyłyśmy coś w stylu ruchu oporu. Informujemy się o wszystkim, wzajemnie wspieramy i nie dajemy sobą pomiatać. Ja tam nic do ciebie nie mam, ale taka Kaśka jak stwierdzi że nie jesteś z nią, to może ci trochę zatruć życie... będzie na przykład podejrzewała o kolaborację.
-Hehe, to brzmi jak z „Lotu nad Kukułczym Gniazdem".
-Nie śmiej się, to nie film a życie. Szkoda by ciebie ktoś kopał po dupie.
-Dajcie mi czas do namysłu...
-Do namysłu? Po ch**a, skoro nic nie tracisz, a tylko zyskasz?
-Po prostu nie lubię zawiązywać się z kimś nieprzemyślanie. Ot, taka moja przywara...
-Rób jak chcesz, ja ciebie ostrzegałam – Magda znowu zaczęła wpatrywać się w sufit i zaciskać zęby. Nie odezwała się już więcej.
Przysiadłam na skraju łóżka i wstałam powoli. Zachwiałam się, ale jakoś dałam radę zrobić dwa kroki, a potem już normalnie chodzić. Zimna posadzka parzyła mnie w podeszwy, więc założyłam leżące pod łóżkiem klapki… nie były na pewno moje, ja po domu chodziłam zawsze w japonkach. Grunt jednak że rozmiar był zbliżony do mojej czterdziestki i nie uwierały. Wyszłam w nich na długi korytarz, z jednej strony zakończony kratą, a po drugiej jakąś dużą salą. Była to świetlica z telewizorem, kilkoma kanapami i stołem. Zdziwiła mnie nienaturalna pustka, jedynym ruchem były migające lampki koło licznych kamer.
Wróciłam się do korytarza i dopiero teraz zauważyłam, że takich pokoi jak mój jest pięć, a na każdych drzwiach wiszą karty pacjentów. Faktycznie, w mojej jak byk była wpisana „Anoreksja"… nie mam pojęcia skąd… może to jakiś dziwny fortel dyrektora na wyłudzenie pieniędzy? No ale przecież rodzice by mnie puścili, a i brzuch by mi nie zniknął...
Rodzice! Telefon!
Wróciłam do pokoju, lecz pomimo przetrząśnięcia całej pościeli oraz szafki na rzeczy osobiste, telefonu nie znalazłam.
Trochę mnie to załamało, ale z drugiej strony... na pewno mnie rychło odwiedzą.
Kolejną dziwną rzeczą jaką spostrzegłam był brak personelu. Mogłam podejść do kraty i nawet próbować ją wyrwać, a nikt nie ingerował. Z drugiej strony skąd anorektyczka miałaby znaleźć siłę by coś uszkodzić?
Wróciłam się do pokoi i przejrzałam karty pozostałych pacjentek. Naliczyłam ich pięć i swoją, co daje sześć a nie pięć, jak mówiła Magda. Wyglądała raczej na osobę, która lubi wiedzieć wszystko, więc chyba nie ominęłoby jej przyjazd nowej.
Poszłam do świetlicy i zobaczyłam kogoś nowego. Na kanapie siedziała wysoka brunetka w piżamie jak moja i z włosami spiętymi w kucyk. Przeglądała jakąś książkę, a właściwie to przerzucała kartki jedna za drugą.
-Cześć, jestem Weronika – przedstawiłam się
-O! – podniosła głowę dopiero teraz mnie zauważając – też Weronika – wstała i podała mi wielką dłoń. Cała była wielka... wyższa ode mnie o przynajmniej głowę. Zapewne musi mieć problem z kupnem ciuchów i butów.
Usiadła z powrotem, a ja obok niej:
-Co czytasz? - spytałam by jakoś zacząć rozmowę
-Tak sobie przerzucam obrazki... nawet nie wiem co to za książka... ty jesteś tą anorektyczką co ja przywieźli wczoraj?
-Pewnie wczoraj – odparłam z lekka zaskoczona tą bezpośredniością
-Ja jestem trzykrotną samobójczynią – odparła z jeszcze bardziej porażającą szczerością – pierwszy raz w domu, drugi i trzeci tutaj. Ci frajerzy nadal nie wiedzą jak mnie powstrzymać, nie mają pomysłu. Izolatka nie wchodzi w grę, bo za to dostają mniej kasy. Chcę by w końcu mi wyszło, a wtedy to będzie koniec tego szpitala!
-Nie rozumiem – wyszeptałam przerażona tym, co właśnie usłyszałam
-To proste – wciąż kartkowała książkę nie spoglądając na mnie – jak nareszcie z sobą skończę, to zarówno sama się uwolnię, jak i was wszystkie. Po prostu wtedy rząd zrobi tu dochodzenie, wyjdzie jakie to piekło i będą musieli je zamknąć! Was wrócą do domu, a ja będę miała swoją cichą satysfakcję na tamtym świecie. Ale.. na razie nie mam okazji. Tamte dwie zmarnowałam...
-To znaczy?
-Pierwsza, to powiesiłam się na wyrwanym ze ściany wężu od prysznica. Mam parę w łapach, ale by być uczciwą to przyznam, że był mocno obluzowany, zapewne już ktoś wcześniej próbował to zrobić, ale nie dał rady. Niestety, znaleźli mnie trochę zbyt szybko i odratowali. Drugi przypadek był w święta. W korytarzu powiesili pod sufitem kilka bombek, oczywiście robili to faceci którzy są strasznie zapatrzeni w to że są tacy „wielcy i silni". Zapomnieli, że są też wysokie dziewczyny… no i ja doskoczyłam do jednej bombki, chwyciłam jej mocowanie i wyrwałam, trochę ważę w końcu. Rozbiłam ją i się podcięłam, ale znowu mnie kurna odratowali! Teraz czekam na kolejną okazję, zobaczymy co to będzie. Najbardziej bawi mnie to, że oni nie domyślają się, absolutnie nie mają pojęcia co może być następnym narzędziem... tym razem mi się uda!
Byłam zszokowana słuchając tego. Owszem, nigdy nie podchodziłam do życia w sposób jakiś szczególnie katolicki, ale... nigdy też nie myślałam o nim jako o... środku do udowodnienia czegoś komuś. To przecież nieludzkie…
Ale ona dalej kartkowała książkę, aż książka się skończyła. Wtedy Weronika wstała, przeciągnęła się i zniknęła w korytarzu.
A ja siedziałam dalej, otumaniona tym co właśnie i wcześniej widziałam, słyszałam.
To nie może istnieć, tak zwyczajnie i spokojnie koło rzeczywistości którą znałam dotychczas. Ludzie biedni i chorzy, dodatkowo gnojeni bez powodu. Bunt i walka o byt niczym w dżungli, aż do ostatecznego poświęcenia… po co? Czemu?
Nic z tego nie rozumiałam, przyznam szczerze, że wyrzuciłam te myśli z głowy i starałam się ich więcej nie roztrząsać. Stchórzyłam, ale i tak one wróciły wraz ze spotkaniem kolejnej dziewczyny.
Tym razem do świetlicy przyszła sporo niższa ode mnie blondynka, odrobinę pulchna, ale jeszcze nie tak by mówić o niej że jest puszysta czy wręcz otyła. Była bosa, a swoją pasiastą koszulę założyła tyłem naprzód. Nim zdążyłam cokolwiek wspomnieć czy to o własnym imieniu czy jej ubiorze, ona już przemówiła nieco marzycielskim głosem:
-Weronika dziś umarła!
-Ależ… widziałam ją przed chwilą
-Umarła i nie kłóć się na litość boską! - spojrzała na mnie groźnie, a raczej zmarszczyła brwi, bo niebieskie oczy miała jakby lekko niewidzące, skupione na jakimś nieznanym punkcie w powietrzu ponad mną - Sama widziałam ją w całunie i jak chowali ją do grobu. Czy ja zawsze musze wszystko objaśniać dokładnie?!
-Nie, nie musisz, jestem Weronika – próbowałam zmienić temat, ale ona nie poddała się
-Uwierz mi proszę! – jej ton stał się dramatyczny – Ja naprawdę jej dobrze życzę! To nie moja wina że ona ciągle umiera! Ma tyle samo lat co ja, zresztą wszystkie mamy tyle samo w tym miejscu... tyle samo lat a umarła wielokrotnie więcej razy niż ja! Ja chciałam tylko raz umrzeć… ona tyle razy umiera na tydzień, albo dwa, bo trzy to zdecydowanie częściej, kiedyś nawet pięć razy jej się zdarzyło... – zakaszlała i zaczęła się kiwać gwałtownie. Poderwałam się, objęłam ją ramieniem i usiadłyśmy na kanapie. Chwilę milczałyśmy, kiedy ona znowu zaczęła mówić:
-No dobrze, a więc umrze znowu, a potem znowu, znowu, aż w końcu wpadnie w rutynę i tyle ją będziemy widzieć. I co ty na to?
-Ja... – zająknęłam się – jej współczuję.
Dziewczyna znowu zamilkła, tym razem jakby zdziwiona. Dopiero po jakiejś minucie odezwała się ponownie:
-Dlaczego mnie przytulasz?
-Ojej – odkleiłam się od niej zaskoczona. Faktycznie ją przytulałam ramieniem, nawet nie zdając sobie z tego sprawy:
-Wydajesz mi się najbardziej szalona z nas wszystkich. Kleisz się do ludzi, usadawiasz na kanapie, współczujesz. Co to jest? Czym ty jesteś?
-Ale czy to źle?
-Czy to źle, czy to dobrze czy to... nieważne, to dziwne w każdym razie i niebezpieczne. Uważaj zatem by twoja dziwność ci nie zrobiła krzywdy. Chcesz zobaczyć moje zdjęcie?!
-Ta...ak – odpowiedziałam już całkiem zdruzgotana. Czułam się jakby wokół serca zaciskała mi się pętla z drutu kolczastego. Dziewczyna wyjęła z kieszeni piżamy pogiętą i połamaną fotografię. Z początku wdziałam na nim jedynie jakaś jasną plamę na tle znacznie większej ciemnej, ale po chwili wyobraźnia uzupełniła braki i dostrzegłam Weronikę wyprostowaną na swą imponującą wysokość, obejmującą z przodu maleńką (w porównaniu z nią) ów koleżankę siedząca obok mnie. Stały gdzieś na zielonej trawie, ubrane w letnie ciuchy i szeroko uśmiechały się do obiektywu, ale nie w ten amerykański sposób, ale zwykły, szczery. Ta jasna plama, to niesamowicie długie blond włosy niższej dziewczyny, które niczym fala ogarniały znaczną powierzchnie kadru.
To zdjęcie było takie soczyste, takie szczerze i ukazujące bezkompromisową radość. Aż ciężko było uwierzyć, że ów zmizerniała, blada i posiadająca cienie pod oczami osoba śmieje się w moich rękach. No i że te krótkie, potargane włosy niegdyś były tak imponujące. W narożniku ktoś potwornie niechlujnym, poszarpanym pismem (z „a" wyglądającym jak „e") napisał „Psiapsiółki"
-Obrzydliwe, prawda?
-Nie, dla mnie jest słodkie.
-Mówię o sobie! Tutaj byłam niewinna, a już trzy dni później dorosłam, kiedy mnie tutaj zabrali. Już sama dziś nie pamiętam czemu, czy to były złe sny? A może coś głupiego palnęłam? Nieważne, w każdym razie trafiłam tutaj, a potem Weronika. No i sama widzisz, jak dorosłyśmy – uśmiechnęła się, ukazując brak jednego górnego siekacza. Drgnęłam, zwłaszcza że na zdjęciu miała wszystkie zęby.
-Jak się nazywasz? – spytałam, by jakoś zatuszować ten nietakt
-A czy to istotne?
-Dla mnie bardzo, chciałabym wiedzieć jak do ciebie mówić.
-No to powiedzmy że... Karolina. Nie lubię tego imienia, ale robię to zresztą tylko dla ciebie – zmrużyła oczy i tym razem utkwiła wzrok na swoich brudnych stopach – nie sądzisz, że powinnam pomalować paznokcie?
-No, ale chyba ci nie pozwolą.
-Jakoś się przemyci farbę. Bywaj! – wstała i truchtem wróciła do korytarza.
Przez chwilę siedziałam jeszcze na kanapie, czując że głowa wypełnia mi się pytaniami bez odpowiedzi. Nadmiar wrażeń, nadmiar treści, emocji i poglądów. Gdzie ja właśnie jestem i dlaczego? Czym sobie zasłużyłam, by ujrzeć to piekło. Tak, to zdecydowanie musiało być choć namiastką pandemonium.
No to kto mi na to odpowie, gdy sama tego nie zdołam zrobić? Kto mnie uratuje przed niewiedzą i szaleństwem?
Szaleństwem... to słowo ma tutaj zupełnie inne znaczenie, niż tam gdzieś na zewnątrz. Tu szaleniec to więzień, więzień własnego umysłu i tych białych ścian. Nie wiem co gorsze.
Te myśli nagle mnie tak wyssały z sił, że zamknęłam oczy…
*
Sen był zdecydowanie dziwny, wręcz niepokojący. Była w nim Weronika, która zapamiętale okładała mnie pięściami po twarzy. Wciąż i wciąż, godzinami, krew tryskała absolutnie wszędzie, lecz na szczęście we śnie nie odczuwa się jako tako bólu, ma tylko jego świadomość, co i tak jest straszne. Kiedy się zmęczyła, zaczęła mnie kopać, a potem znikła. Zamiast niej pojawiła się Karolina. Wyglądała tak samo jak wczoraj, lecz miała z powrotem swoje długie, piękne włosy ze zdjęcia. Te włosy jakby żyły własnym życiem, oplotły mnie, a tam gdzie dotknęły, tam znikały rany. Chciałam jej podziękować, ale miała tak smutną twarz, że i ja nie wyrzekłam ani słowa aż do przebudzenia.
*
Po tym śnie czułam się bardzo zmęczona i obolała, jakby naprawdę ktoś mnie pobił. Z drugiej strony odczuwałam dziwną i niejasna ulgę, powiązaną chyba z tym wyleczeniem. O co tu chodzi?
Leżałam w szpitalnym łóżku, zatem musiałam zostać przez kogoś przeniesiona. Coś mi zaburczało w brzuchu i stwierdziłam, że nie mam pojęcia, kiedy ostatni raz coś jadłam.
W tej samej chwili uderzyła mnie jeszcze jedna kwestia… niby jestem w szpitalu, ale jeszcze nie widziałam nikogo z personelu. Ponadto nikogo ani nie zainteresował fakt, że się przebudziłam, a także nie widzę nigdzie ani lekarstw, ani kroplówki ani niczego, czym leczyłoby się anorektyków.
To co to jest w końcu? Szpital czy więzienie?
Chciałam się o to spytać Magdy, ale jej łóżko święciło pustką. Wtuliłam się zatem w całkiem przytulną poduszkę i zamyśliłam... o łóżku właśnie. Właściwie to jedyna rzecz, o której mogę tutaj pomyśleć, że jest „moja". Cała reszta, ta piżama, kapcie, myślę że także stojąca na szafce szczotka do włosów... są pożyczone, ja na pewno takich nie miałam. Niby łóżko również nie pochodzi z domu, ale jednak, póki w nim śpię, póki w nim czuję się jako tako bezpiecznie i mogę oddać się snom, to jest to MOJE łóżko.
Moje... moje też chyba dlatego, że leżąc w nim dotykam go całym ciałem, odzianym jedynie w piżamę. O tak jakbym się do kogoś tuliła. Tak, to łóżko zdecydowanie dodaje pewności siebie i tej odrobiny równowagi. Na tyle dużo by nie zwariować, ale zbyt mało, by poczuć się silną.
Gdy tak sobie bajdurzyłam, ktoś wszedł do pokoju. Spojrzałam na drzwi, lecz ujrzałam jedynie kasztanową czuprynę na poziomie klamki. Po chwili zza łóżka wyszła mała dziewczynka, wyglądająca na nie więcej niż osiem lat. Niziutka, ot tak z metr dwadzieścia, o okrągłej twarzy i ogromnych, przerażonych oczach. Te oczy mnie tak zdziwiły, że aż nie spytałam jej kim jest. Ona również nie kwapiła się odezwać i tak przez chwilę tylko gapiłyśmy się na siebie bezcelowo. W końcu oderwałam wzrok od jej źrenic i dokładnie zlustrowałam resztę nieznajomej. Taka sama co moja, tyle że miniaturowa koszula, do tego podobne kapcie. Dziewczynka była mocno przy sobie, z przodu wystawał spory brzuszek, choć jeszcze nie miała biustu. Nerwowo zaplątała pulchne paluszki i wpatrywała się we mnie.
-Cześć – powiedziałam łagodnie, lecz nie uzyskałam odpowiedzi. Nie zrażona tym ponowiłem próbę nawiązania kontaktu:
-Jestem Weronika, a ty? Może się przysiądziesz? – usiadłam na brzegu łóżku, a po chwili moja nowa towarzyszka zrobiła to samo, wciąż na mnie patrząc i nie otwierając ust. Miała delikatne, typowo dziecięce rysy twarzy, bez wszelkich skaz typu blizny czy inne pozostałości życia.
Zsunęła kapcie ze stóp i schowała nogi pod siebie, ale nie zajmowała dzięki temu wcale więcej miejsca. Zapamiętale gniotła palce, jakby zbierała myśli.
-No to jak masz na imię? Powiedz proszę... – starałam się nadać swemu głosowi jak najwięcej ciepła i spokoju, jednak dziewczynka i tak nie odezwała się. Zdawała się mnie nie rozumieć, ale jakoś zaproszenie by się przysiąść usłyszała.
-No to może odgadnę?
Kiwnęła głową i spojrzała na mnie, prosto w oczy, jakby chcąc mi w ten sposób zdradzić swe imię.
-No to może Karolina?
Pokręciła delikatnie główką.
-Marysia?
Nadal nie to.
-Monika? Ania? Gosia? Marta? Paulina? Aneta? Asia?
Ciągle nic, powoli kończył mi się zasób popularnych imion. Jeśli rodzice nadali jej jakieś oryginalne, jak Anastazja, to leżę...
-To no na jaką literę? Na taka jak moje imię? Na „w"?
Kiwnęła głową! No to mamy jakiś ślad...
-Wiktoria? Władzia?
Nie...
-No to nie wiem, Weronika?
Kiwnęła głową i na jej ustach pojawiło się coś, co byłoby uśmiechem gdyby dziewczynka nie była taka nieszczęśliwa. Ja jednak uśmiechnęłam się szeroko:
-No to najtrudniejsze mamy za sobą! Ja bardzo lubię to imię, wiem że to może dlatego że sama je noszę, ale... jest takie wesołe, słodkie, a zarazem brzmi mądrze. Bo patrz... długie We-ro-ni-ka... cztery sylaby, można to zaśpiewać, ale i szybko wykrzyknąć. Skróty takie jak Vera czy Veron również są ciekawe, klimatycznie i zadziorne, idealne w grupie przyjaciół. A inne zdrobnienie, Nika jest w ogóle śmieszne, bo nie dość, że idealne do każdej sytuacji, to w dodatku zmienia się pierwsza litera, więc jakbym miała dwa imienia! Aha, no i jest zabawne. Nie mówię tu już o „Weroniczka", bo to pewnie na ciebie tak wołają, ja już jestem za duża... nie nudzę cię?
Dziewczynka pokręciła głową, a w jej oku coś błysnęło. Było to dla mnie tak zaskakujące, że aż na chwilę zaniemówiłam. Przebłysk radości? Mądrości? Co to było?
-Od jak dawna tu jesteś? I czemu?
Milczenie, bardzo wymowne zresztą.
-Czy to dlatego nie mówisz?
Potwierdzenie. No tak, to w takim razie wiem już wszystko. Nie pamiętam jak to coś się nazywało, że dziecko nie odzywa się, ale jest paskudną chorobą...
Dziecko? Co robi ta mała w szpitalu psychiatryczny na oddziale dla dorosłych?
Spojrzałam na nią przerażona, a ona drgnęła zaskoczona.
-Oj, przepraszam... po prostu mi się straszna rzecz przypomniała...
Co ona tu robi? Wątpię, by w tych warunkach było jej przyjemnie oraz czuła się bezpiecznie. Taka banda dziewuch dwa razy od niej większych, chorych na różne okropności, a ona tu jedna biedna, nieśmiała i zagubiona myszka.
Czyżby piekło istniało?
Czy to zwykła pomyłka?
Ale jakże ponura!
Weronika posiedziała jeszcze chwilkę i zeskoczyła na podłogę. Spojrzała na mnie po raz ostatni i wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą z przygnębiającymi myślami.
No i z tym łóżkiem, ostoją normalności.
Położyłam się i zaczęłam tępo wpatrywać się w sufit, tak jak to robiła Magda ostatnio... Kiedy? Wczoraj? Dzisiaj? Nigdy? Okna są szczelnie zasłonięte, zegarków brak… upływ czasu nie do sprawdzenia.
Generalnie to na razie niewiele rozumiem z tego co się dzieje dookoła. Personelu nigdzie nie widziałam, a jednak podobno jest tak straszny że aż trzeba było zakładać „ruch oporu". Nie mam tu żadnych swoich osobistych rzeczy, nawet komórki.
A moi rodzice? Siostra z bratem? Co oni nie mogę odwiedzić do diaska?! Jakoś udowodnić, że to nie jest koszmarny sen, a tylko przejściowe nieszczęście?! Psiakrew! A moi przyjaciele? Wyparowali?!
Czułam gniew, po raz pierwszy od dawna. Wcześniej by się wyładować potrafiłam z całej siły uderzyć się w brzuch, ale teraz nawet tego nie mogłam zrobić by sobie czegoś nie uszkodzić...
Odgarnęłam kołdrę, mając naiwną nadzieję że znowu ujrzę swoją oponkę... niestety zamiast tego miałem wgłębienie jak lej po bombie, płaski biust i tak bardzo wystające żebra, że dokładnie widziałam gdzie się jedno kończy, a zaczyna inne.

Za co?

Ale... coś tutaj się nie zgadzało! Niby jestem taka straszną anorektyczką, a jakoś nie czuję się słabo czy ospale.
To o co tu chodzi w końcu? Po co tu siedzę, kto mi to zrobił i w jaki sposób?
Nie umiałam na żadne z tych pytań ani odpowiedzieć, ani chociaż postawić hipotezy.
Zamknęłam oczy...
*
Stanęła przede mną Karolina, jak zwykle swym obłąkańczym wzrokiem obserwując niewidzialne punkty.
W lewej dłoni trzymała, o zgrozo, ludzkie serce całkiem maleńkie, w drugiej identyczne, lecz znacznie większe.
-Nie, nie musisz dokonywać wyborów, to nie film – rzekła nieco wyniośle – ale patrz, tu Serce Weroniki i tu serce Weroniki. Zabawne prawda, to jedna rzecz która mnie bawi w tym głównie w którym siedzimy. Ale patrz! Patrz! One wciąż biją, choć to większe już tyle razy umierało. To małe z kolei jest tak cichutkie, żebyś nawet przez stetoskop go nie usłyszała. To niedobrze, to prosta droga by przestało bić tak jak to ogromne... głupia sprawa.
-To czemu czegoś nie zrobisz? – spytałam
-Ja mam tylko oczy i usta, nimi nic przecież nie zrobię. Nic nie zrobię ponad to co teraz robię, a robię trochę, tylko że z racji że inni nie mają ust i oczu, to nie zauważają tego i o tym nie mówię, że coś robię. A ty masz oczy? Masz usta? Masz ręce?
*
Otworzyłam oczy... Jezus Maria... jeszcze nigdy nie miałam tak pokopanych snów jak teraz! Co za przeklęte miejsce...
Na łóżku obok siedziała Magda i jak zwykle patrzyła w ścianę.
Nareszcie ją spotkałam!
-Gdzie jest personel? Kiedy są posiłki? – spytałam, chcąc jakoś zacząć dobrze rozmowę
-Nie wiem, są kiedy są – oburknęła. Zmieszana zamilkłam i postanowiłem przejść się. Natrafiłam stopą na jakiś kapeć i już chciałam go ubrać, kiedy stwierdziłam, że mi nawet palce nie chcą wejść do środka.
-Ojej, Weronika zostawiła swoje kapcie!
-Co? – spojrzała na mnie nieprzytomnie – Chyba ciebie pogięło, ona ma wielka nogę.
-Ale ta mała Weronika...
-A... to dziecko... nią się nie przejmuj, jest głupia i tyle.
-O czym ty mówisz? - spytałam zaskoczona – to biedna dziewczynka, zagubiona i samotna.
-Ale jak idiotka się nigdy nie odezwie. Poza tym wszystkie dzieci są głupie.
-Nie odzywa się bo… - poczułam w sobie irytację spowodowaną jej nieczułością – bo… ma problem, który musi wyleczyć.
-Nie zmienia to faktu że nie da się z nią współpracować, dlatego jej nawet nie liczę w żadnych rachubach. Ona nie istnieje i tobie też radzę o niej zapomnieć. Nie pomoże ci w żaden sposób, a ty tylko sobie napytasz biedy stykając się z nią, nie mówiąc już o tym że wykończysz się psychicznie.
-Psychicznie kurna?! – krzyknęłam już całkiem wytrącona z równowagi – To się świetnie składa, że jestem w wariatkowie, od razu mi udzielą pomocy! – wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami.
Poszłam do toalety, czując jak przez moją głowę jak odrzutowce przelatują uczucia i myśli. Co za cholerna świnia! Jak może tak mówić o dziecku! I jeszcze pieprzy o wykończeniu psychicznym... żałosne!
Odkręciłam kran i obmyłam twarz. Trochę się uspokoiłam... nie powinnam chyba wychodzić z nerw, niedobrze by było mieć w niej wroga. Ale z drugiej strony...
W rogu popękanego lustra, tuż obok dziury po brakującym kafelku ktoś wydrapał napis ostrym szpikulcem:
OPORTUNIZM PRZEBUDZA!
Była też data sprzed pół roku.
Szlag! Co osoba, to mówi mi co innego mam robić! Ruch oporu, personel, dziewczynka, samobójczyni, obłąkana, a teraz to lustro! Co jeszcze?!
Jakby na życzenie, to toalety weszła nieznana mi dziewczyna, średniego wzrostu, szatynka i taka raczej nie wyróżniająca się niczym szczególnym. Nawet na mnie nie spojrzała, burknęła tylko:
-Krew ci leci z nogi.
Spojrzałam na swoją stopę i na czerwony strumyczek płynący od mojej lewej nogi do spływu w podłodze. Cholera! Zapomniałam klapek, a tutaj leży pełno szkła z rozbitego lustra.
Zaczęłam przemywać stopę w umywalce, a tamta patrzyła w lustro i dłubała w nosie.
-Jestem Weronika, dzięki tak w ogóle.
-Uhm – mruknęła
-A ty jak się nazywasz?
-Nieważne.
-Czemu? – spytałam. Byłabym zaskoczona, gdyby nie to że nasłuchałam się wcześniej już lepszych rzeczy.
-Bo nikogo nie obchodzę, w ogóle nie powinnam istnieć.
-Nawet tak nie mów... a twoja rodzina?
-Ojciec alkoholik, gdyby nie to że dostaje zasiłek na wychowanie mnie, to już dawno wywaliłby mnie z domu. Matka się z nim rozwiodła i ma mnie serdecznie w dupie.
-A przyjaciele? Znajomi? Klasa?
-Nie mam znajomych, klasa mnie nienawidzi. Chciałbym się zabić, ale brakuje mi śmiałości/ Raz w życiu chciałabym być odważna jak Weronika...
Nie wiedziałam co powiedzieć, zatem wróciłam myślami do swojej rany. Krew przestała lecieć, ale ciągle nie wyjmowałam na wszelki wypadek stopy z umywalki
-I nic już ciebie nie cieszy?
-Nie, wszystko stało się przeszłością i przestało się liczyć. Nie ma znaczeniu, cały świat nie ma znaczenia.
-Ale skoro mi to wszystko mówisz, to jednak chyba odczuwasz jakie emocje, czujesz potrzebę wygadania się, szukasz pomocy, nie? - postanowiłam ją wziąć pod włos, ale mnie zbiła z tropu:
-Masz racje, niepotrzebnie ci zajmuję głowę – czym prędzej wyszła z łazienki.
Nie... to nie tak miało być. Poczułam się strasznie głupio, jakbym ją świadomie obraziła... cholera, człowiek stara się być miły, a i tak ludzie strzelają fochami.
Zdołowana wróciłam się do świetlicy i usiadłam na kanapie. Zauważyłam półkę z książkami, którą przeoczyłam wcześniej. Sięgnęłam po jakąkolwiek z nich, pierwszą z brzegu. Nie patrząc na tytuł otworzyłam na byle jakiej stronie i już chciałam zacząć czytać, lecz ku mojemu zdumieniu, strona była pusta. Tak samo kolejna i kolejna... cała książką nie została wydrukowana. Odłożyłam ją i chwyciłam następną... taką samą. Wszystkie były idealnie puste, jak zeszyty na początku roku szkolnego. Nie miały też tytułów i żadnych obrazków na okładkach.
No tak... wariaci nie umieją czytać, a jak umieją, to nie rozumieją niczego. Dlatego kupili takie odpady, by dobrze wyglądały na wizytacjach, a były tanie.
Jednak jedna z książek zwróciła moją uwagę. O ile wszystkie pozostałe wyglądały na nowiutkie i nietknięte, to ta jedna miała postrzępione brzegi i była napęczniała. Gdy ją wyciągnęłam z półki, spomiędzy kartek wypadł długopis i ze stukotem uderzył o podłogę. Podniosłam go zdziwiona i otworzyłam książkę w miejscu gdzie go wcześniej wciśnięto. Ujrzałam dziesiątki wpisów, imion, nazwisk, pseudonimów i krótkich zdań typu „trzymajcie się!", „Jeszcze tylko 2 tyg. i wychodzę", „Alicja nie żyje, pomścimy ją skurwysyny!".
A więc to księga pamięci poprzednich pacjentek!
Ujęłam ją trochę delikatniej z szacunkiem i zaczęłam czytać od początku. Generalnie były tu prawie same imiona i nazwiska, ale czasem trafiały się również komentarze. Z reguły tragiczne, dotyczące czyichś cierpień, ale trafiały się też słowa otuchy.
Ci ludzie... pewnie większość już dawno cieszy się wolnością... ale ilu już nie żyje? Ilu popełniło samobójstwa, nie mogąc wytrzymać?
Tyle tych wpisów... aż tyle osób przewinęło się przez ten gmach, na tylu wypalił swe piętno szaleńca. Niektórzy pewnie dali sobie z nim radę, lecz inni... zapewne już nigdy nie będą tacy jak wcześniej.
A ja jaka będę? Jaka byłam kiedyś? Czy te białe ściany, ten smutek i przygnębienie wiszące w powietrzu niczym dym papierosa wciągany do płuc… czy one mnie zatrują?
-Nie myśl sobie, że ciebie nie widzę.
Odwróciłam się gwałtownie i ujrzałam Karolinę. Mając świeżo w pamięci dziwny sen z nią w roli głównej nie wiedziałam co odpowiedzieć.
-Wszyscy myślą, żem ślepa i głucha dlatego że gadam głupoty. A to straszna bzdura! – podeszła bliżej mnie, lecz jak zwykle patrzyła na coś innego.
-Ja tak nie uważam.
-Jak nie uważasz? Że jaka nie jestem?
-No że jesteś ślepa i głucha i... – chciałam jej opowiedzieć swój sen, lecz mi przerwała, jakby przeczuwając co chciałam dodać.
-A czy że gadam głupoty?
-No... trochę tego nie rozumiem co mówisz, ale przecież to że ja czegoś nie kumam nie znaczy że to jest głupie.
Kiwnęła głową i zrobiła kilka korków do przodu, prawie na mnie wpadając. Szepnęła jakby do siebie, ale na tyle głośno bym i ja dokładnie to usłyszała:
-Miałam rację, ty jesteś inna od tego całego haremu w którym siedzę. Jako jedyna nie wiesz gdzie jesteś i to pozwala ci być zdrową.
-Zdrową? Jestem w szpitalu, mam anoreksję...
-Tak? – podniosła głowę, lecz wciąż unikając spojrzenia mi w oczy – powiedz ilu posiłków sobie odmówiłaś, ile razy się odchudzałaś, ile razy zmuszałaś do wymiotów?
-No nie pamiętam... niczego takiego... byłam puszysta raczej, a teraz jestem szkieletem.
-To czego nie pamiętasz nie istnieje. To co tu widzisz też... to wszystko to wielkie oszustwo, które ma z ciebie uczynić wariatkę! Może i są szpitale, gdzie ludzie się leczą, ale tutaj to oni w ciebie wtłaczają chorobę! To jest jak harem, w którym kolekcjonuje się tancerki z całego świata. Do kolekcji brakuje miedzy innymi ciebie, anoreksja to tylko pretekst. Jeszcze nie wiesz, jakim okażesz się eksponatem... i miej nadzieję, że się nigdy nie dowiesz – ostatnie słowa zabrzmiały jak „amen". Pomimo że to wszystko kiepsko pojmowałam i budziło niepokój, zapytałam:
-Co mam zrobić?
-Spojrzeć mi w oczy i się obudzić – po raz pierwszy popatrzyła prosto na mnie. W jej źrenicach migotały jakieś błyski... one jakby rosły aż stały się tak duże, że nie widziałam nic poza nimi.
Dlatego otworzyłam oczy i stwierdziłam, że ktoś nie zgasił światła i palą się obie lampki na suficie.
Wstałam by je wyłączyć, lecz zrobiłam to jakoś niezbyt zręcznie i spadłam z łóżka.
Uderzyłam się w brzuch i już go chciałam rozmasować, kiedy stwierdziłam że jest dziwnie miękki. Podwinęłam koszulkę i ujrzałam całkiem sporą, wystającą oponkę z wyraźnym pępkiem.
Czyżby...
Podeszłam do lustra i ujrzałam siebie. Tak, siebie taką jaką zawsze byłam i jaką powinnam być.
Czyli... to był sen. Totalny, realistyczny koszmar jaki normalnie mnie się nie zdarzają.
Całe szczęście zatem... nie powinnam tego więcej roztrząsać.
Położyłam się znowu i wsadziłam rękę pod poduszkę. Uderzyłam o coś twardego.
To była książka z pusta okładką... w środku zamiast druku znajdowały się setki ręcznych wpisów, takich jak imiona, nazwiska czy komentarze.
Na chwilę wstrzymałam oddech zaskoczona. Lecz nim dałam się panice, coś mi powiedziało bym otworzyła ostatnią zapisaną stronę. Znalazłam tam obszerny wpis, wykonany niechlujnym i poszarpanym pismem. Chwilami miałam problemy z odróżnieniem „a" od „e", ale ostatecznie odczytałam coś takiego:
„Jeśli to czytasz, to znaczy że się obudziłaś. Nie złożę ci gratulacji, bo sama wiesz że to nie jest konieczne. Jednak pamiętaj, że szpital zawsze będzie szukał kolejnych eksponatów, dlatego nie daj się do niego zamknąć ponownie. Nie z każdego koszmaru da się przebudzić dwukrotnie... nie daj z siebie zrobić szaleńca".
Zamknęłam książeczkę i przycisnęłam ją do piersi.
Czułam, że dziś już nie zasnę. Ze strachu...
Obrazek
Awatar użytkownika
KonDzio
Porucznik
Porucznik
Posty: 658
Rejestracja: 2011-08-29, 17:40
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: Białystok

Re: Łóżko

Post autor: KonDzio »

no, no , masz talent :)
i to wielki
War, war never changes ...
Awatar użytkownika
SPIDIvonMARDER
Generał-komandor
Posty: 3024
Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
Nick w ET: SPIDIvonMARDER
Kontakt:

Re: Łóżko

Post autor: SPIDIvonMARDER »

Dziękuję, aczkowleik będę wybredny i poprosze o nieco bardziej rozbudowany komentarz ;)
Obrazek
lurtz95
Komandor dywizji
Komandor dywizji
Posty: 1168
Rejestracja: 2009-08-28, 16:34
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: Skarżysko
Kontakt:

Re: Łóżko

Post autor: lurtz95 »

No co tu dużo mówić - czysty profesjonalizm!!! Klimat fajny,a tekst bardzo wciągający. Z przyjemnością przeczytałem twoje opowiadanko i czekam na następne,a potem jeszcze na następne.
Gut gemacht Spidi! *wolfensteinpl*
89% graczy uważa że najważniejsza jest grafika, jeśli należysz do tych 11% wklej to do podpisu...
Obrazek
Obrazek
KonDzio pisze:Odpowiedź to kupa

http://www.zlotemysli.pl/blaskowitz,1/
http://blaskowitzz.wordpress.com/ zapraszam
Awatar użytkownika
Diessere
Plutonowy
Plutonowy
Posty: 210
Rejestracja: 2012-10-13, 22:41
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: kuj.-pom.

Re: Łóżko

Post autor: Diessere »

Lol czemu szybciej trgo tematu nie widziałem, widzę że kolega Spidi jest bardzo twórczy, może powinieneś zacząć pisać jakieś opowidania dla gazet za kasę. Jestem pełen podziwu w jaki sposób to opisałeś, skąd w twojej głowie rodzą się takie pomysły ? - gratulacje za twór który stworzyłeś :-)
..........podpis...........
Awatar użytkownika
SPIDIvonMARDER
Generał-komandor
Posty: 3024
Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
Nick w ET: SPIDIvonMARDER
Kontakt:

Re: Łóżko

Post autor: SPIDIvonMARDER »

Dużo czytam, dużo piszę i jestem trochę rąbnięty, stąd pomysły ;) Próbowałem wydawać swoje teksty, ale póki co jeszcze ich nikt nie kupił... tzn. fantastyki. Moja publicystyka pojawia się tu i ówdzie... np tu http://portal.strategie.net.pl/index.ph ... Itemid=119

http://portal.strategie.net.pl/index.ph ... Itemid=112
Obrazek
Awatar użytkownika
BiedrAS
Plutonowy
Plutonowy
Posty: 210
Rejestracja: 2012-08-10, 17:15

Re: Łóżko

Post autor: BiedrAS »

Zmęczony komplementami ? :D
Opowiadanie napisane 'lekko' co sprawia, że czyta się je przyjemnie.
Nie ma 'fajerwerków', ale trzymasz wysoki poziom.
Pisz, czytaj, pisz x2, bo widać, że całkiem dobrze Ci to idzie.
W$- never ending story
ODPOWIEDZ