WIEŻA SNÓW/THE TOWER OF THE DREAMS/DAS TRAUMTURM
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- https://www.houzz.com/pro/kuchnie/meble-kuchenne-i-kuchnie-na-wymiar-warszawa
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
WIEŻA SNÓW/THE TOWER OF THE DREAMS/DAS TRAUMTURM
Specjalnie dla was... demo mojej książki :D
Jak już mówiłem, to II wojna zabarwiona fantasy.
TEASER
to niestety wersja 1.0, więc jest dużo błędów :(
1. MORZE W SZKARŁACIE
Nadejdą czasy krwi, okrucieństwa i rozpaczy.
Stare symbole zostaną przeklęte i uwielbione.
Świat już nigdy nie będzie taki sam.
Anonimowa przepowiednia z 1900 roku
Czy człowiek powinien wykorzystywać Magię w walce?
Próbować za jej pomocą siać zniszczenie?
Przecież Bóg nas obdarzył Mocą, byśmy nieśli pokój i ułatwiali ludziom żywot!
Myślę, że jesteśmy jednomyślni w tej kwestii...
Przemowa Zygfryda von Marder w czasie ustalania Konwencji Wersalskich
6 czerwca 1944 roku.
Kanał La Manche w okolicach plaży „Omaha”.
George sprawdził, czy jego hełm się trzyma prosto, a różdżka nie zsuwa przy ruchu. Właściwie, to ciężko to nazwać różdżką, lepiej laską. Długi i idealnie prosty kij (przewieszony przez plecy), z zatkniętymi po obu końcach dwoma kamieniami szlachetnymi: rubinem, służącym jako zbiornik mocy oraz szafirem działającym jak soczewka, czyniąca z małego uroku potężne zaklęcie. Oprócz tego na boku zawiesił torbę ze zwykłymi medykamentami. To było standardowe wyposażenie medyka armii amerykańskiej, szkolonego w magii uzdrawiającej. To zaszczytna funkcja, niestety mało kto ja dzierżył. Na cały batalion przypadało zaledwie do dziesięciu Uzdrowicieli, często ledwo co przeszkolonych i nie zaprawionych. Gdyby nie to, że George trochę przed wojną amatorsko się w to bawił, nie wiadomo, czy by zdał egzaminy. No! Ale teraz już był czas praktyki...
Na początku, jak tylko wsiedli do barki desantowej, to było wesoło, wszyscy żartowali i zakładali, ilu Niemców zabiją. Potem, wraz z czasem robiło się coraz ciszej, aż wszyscy zamilkli. Sierżant widząc to, zawołał głośno:
-ŻOŁNIERZE! Bierzecie udział w świętej krucjacie wyzwolenia Europy spod nazistowskiej tyranii! Otwieracie drugi front, który przyniesie wolność milionom ludzi! Dlatego odrzućcie strach i wyzwólcie wielkie męstwo, które w sobie macie! DZIŚ JEST DZIEŃ CHWAŁY!
Rozległy się oklaski i wiwaty. George przyznał w myślach, że to piękna przemowa. Jednak podziała tylko na chwilę. Już po dwóch minutach żołnierze, stłoczeni tu jak bydło, zaczęli się niespokojnie rozglądać, a ich twarze wyrażały głębokie zamyślenie. Pogrążenie się, raczej w szare, ciemne myśli niż jasne. Co chwilę któryś wykonywał znak krzyża, całował zawieszony na szyi amulet lub po cichu modlił.
Z nudów Uzdrowiciel przyglądał się swojemu odbiciu w szafirze, swoim dość ostrym rysom twarzy. Był niski, lecz dobrze zbudowany, o raczej kwadratowej twarzy i krótkich, czarnych włosach ukrytych całkowicie pod hełmem.
Minęło trochę czasu i George odniósł wrażenie, że słyszy morskie fale bijące o brzeg. Są już blisko! To się stanie zaraz.... Nagle rozległ się wybuch, a po nim krótki, urwany krzyk. Wszyscy się zaczęli trząść i rozglądać. Paru facetów nagle złapało się za krocze, jakby się bali, że im coś odpadnie. Jak to się mówi: strach opuścił go dołem. George się cieszył, że niedawno napił się „Aspatifu”. To bardzo ciężki do otrzymania eliksir, rozdawany medykom przed starciem, by zachowali zimną krew choćby nie wiadomo co się działo. Toteż był spokojny.
Nagle rozległa się seria z karabinu maszynowego, a po niej krzyki, nawoływania i przekleństwa, a następnie ciche łkanie stojącego obok szeregowego. Wszyscy na niego popatrzyli i pomyśleli, że koleś długo nie pociągnie. Albo zabiją go Niemcy, albo on sam siebie. Barka zaszurało o dno. Sierżant zaczął odkręcać koło, które otwierało wyjście.
Nagle George usłyszał cichy głos w swej głowie:
-Wyskocz bokiem bokiem bokiem bokiem bokiem!
Jako mag wiedział, że takich przeczuć nie wolno ignorować i złapał górną krawędź burty barki. Wtedy też klapa desantowa się opuściła. Ujrzeli zamgloną plażę poprzetykaną żelaznymi palami i kozłami, w dali, majaczył zarys jakiegoś budynku. Nim sierżant zdążył wybiec, to nagle jego ciało w paru miejscach coś przebiło oraz stojących za nim szeregowych. Ci z drugiego rzędu też starali się wybiec, ale i oni padli na ziemię. Jednak George tego nie zobaczył, bo właśnie zeskoczył do wody. Wynurzył się ponad lustro i znalazł tuż przed sobą kozioł, schronił się za nim, a po chwili wahania podbiegł do następnego. Przy czwartym obejrzał się za siebie. Podłoga barki zawalona był ciałami w zielonych mundurach. Nikt nie zdążył wyjść, wszystkich skosił jeden karabin maszynowy. Nagle przylepił się do kozła, bo obok świsnęła mu kula.
Boże! Co by było ze mną, gdyby nie Aspatif!
Stał przy koźle i bał drgnąć. Czas zdawał się nie istnieć. W końcu odzyskał władzę w nogach i podbiegł do następnego kozła, a za nim wskoczył do leja po moździerzu.
Ponoć lej to najbezpieczniejsze miejsce na polu bitwy. Pocisk nigdy nie trafia dwa razy w to samo miejsce!
Dopiero teraz zauważył, że leży nie na ziemi, a na... czymś... na rozszarpanym ciele. Poderwał się, czując, że coś mu podchodzi do gardła, ale instynkt przeważył i George znowu padł na ziemię, lecz tuż obok nieboszczyka. Lekko podniósł głowę i wyjrzał przed lej. Zostało mu już tylko z dwadzieścia metrów do linii zasieków. Przed nią był niewielki garb, za którym kuliło się paru żołnierzy. Jednak do tego miał otwartą przestrzeń. Przeżegnał się, wyskoczył z leja i pognał przed siebie. Tuż za nim coś wybuchło, lecz nie zwrócił na to uwagi, to że nie posiadał broni i prawie żadnego obciążenia uratowało mu życie i padł pomiędzy dwóch swoich. Gdy jeden spojrzał na jego hełm, na którym widniał niebieski krzyż na białym polu, to się cały rozpromienił i krzyknął:
-Bóg nam zesłał Uzdrowiciela! Hurraaa! Wysłuchał naszych próśb!
Obrócił się też drugi. Na jego hełmie widniał szary prostokąt.
Lieutenant! Pomyślał George i przyłożył rękę do głowy by zasalutować.
-Darujcie sobie Uzdrowicielu. Za mną jest trzech, których trafił granat. Może Ci się uda coś zrobić... psiakrew! Tu są sami ranni i nikomu nie chce się iść naprzód. Boże! Kiedy to się skończy...
George się przeczołgał za oficera i znalazł się koło trzech szeregowych. Jeden nie miał nogi, drugi też, a trzeciemu szczęśliwie urwało tylko dłoń, którą tulił do piersi jak dziecko. George przyłożył rękę do pierwszego, który zdawał się być nieprzytomny. Nic dziwnego, był martwy. Tak samo drugi. Podczołgał się do trzeciego, który wytrzeszczył oczy:
-O mój Boże! Czy ja jestem już w raju? Czy to anioł nade mną?
-Spokojnie chłopcze – odezwał się Uzdrowiciel łamiącym się głosem – zaraz ciebie obejrzymy. Pokaż swoją eee.... ranną rękę.
Powoli żołnierz wyciągnął w jego kierunku zakrwawiony kikut. George wyciągnął z torby strzykawkę i wbił mu ją w ramię.
-Teraz ci muszę oczyścić ranę. Zaboli jak cholera, lecz może się uda uratować tobie rękę.
Wyjął butelkę z czerwonym płynem, chwycił rannego za nadgarstek i oblał kikut eliksirem. Private krzyknął tak głośno, że George myślał, że ogłuchnie. Pacjent się szarpał, lecz nie mógł uwolnić ręki z uścisku. Rana zaczęła się pienić i wrzeć. Po chwili leczony zawisł bezwładnie i padł na ziemię płacząc, a wtedy George wyjął z jego drugiej ręki obciętą dłoń i ja również zdezynfekował czerwonym eliksirem. Potem powiedział:
-Słyszysz mnie? SŁYSZYSZ MNIE??
-Eee.e.... ececeech, tak, sir.
-Przyłóż swoją utraconą dłoń do ręki, jakby miała się zrosnąć. Rozumiesz?
-Tak, sir.... po co?
-Zobaczysz... słuchaj rozkazów!
Przerażony żołnierz wykonał polecenie Georgea. Ten zdjął z pleców swoją różdżkę i jej niebieski koniec przytknął do rany. Zamknął oczy, na jego twarzy pojawiło się wielkie skupienie i wysiłek. Rana zabłysła na niebiesko i zniknęła. Żołnierz wytrzeszczył oczy i chwycił odzyskaną dłonią grudkę piasku.
-To… to… NIEMOŻLIWE! Jak to zrobiłeś, sir? Jak mam dziękować?
George nie odpowiedział. Leżał na plecach oddychając ciężko. Jeszcze nigdy nie napotkał go taki wysiłek. Po chwili usłyszał bliski wybuch. To kompani wysadzili zasieki. Kilku się poderwało do szturmu, lecz nawet nie zdążyli się dobrze wyprostować, a MG-42 ustawione dalej ich ściągnęło. George nie słuchał wylewnych podziękowań żołnierza, gdyż naszły go przerażające myśli:
Jak my mamy się tam dostać, do diabła?
Spojrzał na swoją nogę i dopiero teraz zauważył, że ma wbity w udo odłamek wielkości gwoździa. Przez adrenalinę nawet tego nie poczuł, ale taka rana może się strasznie splugawić. Wyjął z torby szczypce, zacisnął je na odłamku i ściskając zęby szybkim ruchem wyciągnął. Krzyknął prawie tak samo jak wcześniej szeregowy. Szybko oblał ranę eliksirem i przyłożył różdżkę. Po chwili uraz znikł, lecz w mundurze była mała dziura. Podczołgał się do lieutenanta:
-Jak mamy tam się przedostać, sir?
-Nie wiem! Skąd mam wiedzieć? To można osiągnąć tylko jednolitym szturmem, ale wszyscy są tak przerażeni, że nie poderwą się w jednej chwili!
George się rozejrzał. Faktycznie, każdy żołnierz miał na twarzy wymalowany zwierzęcy strach, jak schwytany w sidła zając. Nagle usłyszał bliski wybuch i po nim długi krzyk i okrzyk:
-Meeeeeeediiiic!
Podczołgał się do żołnierza, który krzyczał. Leżał on na krawędzi małego leja. Głowę miał całą zakrwawioną, rak samo jak pierś. Wił się i krzyczał. George podszedł i uderzył go w policzek:
-Spokojnie! Jestem przy tobie! Granat?
-AAAAAAAA!!!! Ychhh!!! Tak... – trochę się uspokoił.
-Niesamowity fuksiarz z ciebie! Odłamki tylko rozcięły ci czoło i trochę pierś. Teraz ciebie zaboli jak cholera, ale będziesz zdrowy!
Wyjął znowu czerwony eliksir i cała resztkę wylał na rany szeregowego. Ku zdziwieniu Georga, ten nie krzyknął, lecz tylko zacisnął zęby.
Twardy zawodnik
Przejechał różdżką po ranach, a te znikały. Jedynie po największej szramie na piersi została blizna. Szeregowy się szeroko uśmiechnął. Był to pierwszy uśmiech, jaki George zauważył na tej przeklętej plaży. Przyjął podziękowania, po czym powrócił do lieutenanta.
-A! To pan, corporal . Ja już po prostu nie wiem co robić! Rozkazałem szturmować przedpole, ale poderwało się tylko kilku, w dodatku od razu zginęli. Psiakrew! Próbowaliśmy zestrzelić operatora kaemu , lecz wychylenie głowy z bronią to śmierć! ŚMIERĆ!
To przeszliśmy taki kawał, by nas teraz trafił szlag od jednego kaemu?
Nagle George odniósł wrażenie, że ktoś mu świeci latarką prosto w twarz. Zamknął oczy, lecz blask nie znikał. Nagle rozwiał się, a on ujrzał skały, o które się rozbijały morskie fale. Na skalach była wysoka wieża, a na jej szczycie stała kobieta w długiej, lawendowej sukni. Jej długie, złote włosy i ubranie do tyłu rozwiewał wiatr. Stała wyprostowana, bosa, miała rozłożone ręce na boki i zamknięte oczy. Śpiewała na wietrze.
Była taka piękna…
Wizja zniknęła, ale George miał wrażenie, że widzi ją ciągle na granicy podświadomości. Nagle ze zdumieniem odkrył, że opuścił go całkowicie strach i się podnosi, tak samo jak wszyscy dookoła. Lieutenant krzyknął coś i wskazał niemieckie umocnienia. Wszyscy zaczęli biec w tamtą stronę, coś krzycząc. Co chwile któryś padał, lecz i tak biegli, strzelając do MG-42. Dotarli do skarpy, na której stał karabin maszynowy i zaczęli się na nią wspinać. Pierwszy na górę dotarł George i ujrzał niski murek zrobiony z worków z paskiem. Na nim stał MG-42, a przy nim stała jakaś zdumiona postać. Przyłożył jej do szyi różdżkę, a Niemiec osunął się na ziemię. Byli tu już wszyscy, wbiegli do okopów i zaczęli walczyć z znajdującymi się tam hitlerowcami. Nikt nie zważał na otrzymywane rany, a Niemcy byli zaskoczeni tym niespodziewanym szturmem. George też wskoczył do okupu, lecz nagle wrócił do niego słuch, a świat gwałtownie przyspieszył. Padł na kolana i zwymiotował. Podobna rzecz spotkała innych, lecz szybko się otrząsali i dalej walczyli. George z trudem się wyprostował i podszedł do dwójki szeregowych, którzy wrzucali granaty do wejścia niewielkiego schronu.
-Co to było?
-Nie mam pojęcia, sir. Coś jak amok! Ale gdyby nie on, to byśmy tego nie osiągnęli.
-Ile się przedostało?
-Ze dwudziestu chyba, ale idą następni.
Faktycznie, po skarpie wdrapywali się kolejni żołnierze. Nagle podbiegł jakiś seargeant i powiedział:
-Uzdrowiciel? Jesteś potrzebny tam z przodu! Idź tym okopem, a znajdziesz piątkę, która dostała z czegoś dużego. Śpiesz się!
George zasalutował i przyciskając hełm do głowy pobiegł okopem. Przeskakiwał kolejne ciała, jedne w szarozielonych mundurach i hełmach z kryzą, oraz inne, w zielonych mundurach i hełmach pełnych. Na jednym zakręcie leżało koło siebie czterech żołnierzy, piątego odsunięto na bok. Mu już się nie dało pomóc. Nad rannymi pochylał się jakiś oficer.
-Co im jest?
-Ten pierwszy ma odłamek granatu w brzuchu, drugi w wątrobie. Pozostali trzej nie żyją.
George pochylił się nad rannym w wątrobę. Paskudne draństwo! Na szczęście, żołnierz zdawał się być nieprzytomny. Szczypcami wyjął mu odłamek, zdezynfekował nową butelką eliksiru i różdżką zasklepił ranę. Po tym jego rubin przestał świecić... wyładował się. Teraz musi korzystać z własnych sił witalnych, by leczyć. I tak używa po połowie z sił pacjentów, aby sam niewiele tracił.
Przypadek gościa z raną w jelitach był lżejszy, ale pacjent zachował pełną świadomość. Mimo to widząc leczonego obok się uśmiechał.
-Jeżeli i ze mną tak będzie doktorku, to się nie martwię.
Naprawienie wątroby, która jest jednym organem to pryszcz przy odtwarzaniu poskręcanego jelita – pomyślał George. Wbił rannemu strzykawkę ze znieczulaczem, zdezynfekował ranę (wrzask pewnie słyszano na plaży) i przyłożył różdżkę. W tej chwili pod jego nogi upadł jakiś zbąkany Stielhandgranate . Odskoczył metr w tył i pobiegł okopem. Po dwóch sekundach usłyszał za sobą eksplozję i krzyk. Gdy się odwrócił, to padł na kolana i myślał, że zemdleje. Dookoła małego dołku leżały cztery zmasakrowane ciała, bez nóg i części korpusów. George patrzył na to i patrzył, nie mogąc się ruszyć. Z szoku wyrwał go dopiero głos oficera, co wcześniej pochylał się nad rannymi:
-Gratuluje refleksu żołnierzu!
-Refleksu?! Powinienem to wziąć i odrzucić...
-Bzdura. Tak, to się dzieje tylko w starych opowieściach i filmach propagandowych. Owszem, da się odrzucać granaty, ale to nie jest takie łatwe. Trzeba mieć żelazne nerwy i kupę fuksa, by granat nie zdążył wybuchnąć. Według mnie, gdybyś się nie ewakuował, to byśmy mieli tu o jednego trupa więcej.
-Ale... – George zamilkł. Zdrowy rozsądek mu gratulował, lecz sumienie ganiło. Z zamyślenia wyrwał go rozpaczliwy głos:
-Medyk! Potrzebujemy medyka!
Uzdrowiciel podbiegł do stojącego obok i krzyczącego szeregowca:
-Ja jestem Uzdrowicielem! Gdzie jestem potrzebny?
-Proszę iść za mną, sir!
Podążyli w stronę plaży. Gdy znaleźli się na krawędzi wydmy, to George spojrzał na morze. Nie było niebieskie, nie było zielone, nie było nawet szare. Było czerwone, szkarłatne. Dalej znajdowała się plaża, zasłana ciałami w zielonych mundurach, fragmentami kończyn oraz ekwipunkiem. Z kolejnych barek wysiadali nowi żołnierze. Niektórzy na widok tej hekatomby zaczynali wymiotować. W powietrzu zapach morza walczył o dominację z zapachem krwi.
Georga do świadomości przywrócił ponowny okrzyk szeregowca. Podbiegli do miejsca, do którego znoszono przytomnych jeszcze rannych. George podszedł do pierwszego z brzegu:
-Co ci jest?
-Pocisk mi przebił udo. HOLY SHIT! Boli jak wszyscy diabli...
Pocisk od MG42, więc przeleciał na wylot, co znacznie uprości sprawę. George zdezynfekował ranę i sięgnął po różdżkę, lecz jego dłoń zacisnęła się na pustce.
Różdżka została strzaskana przez granat...
W takiej sytuacji musiał to zrobić ręcznie. Przyłożył dłoń do rany, zamknął oczy się skupił. Zaczął się pocić jak przy podnoszeniu wielkiego ciężaru. Gdy po chwili otworzył oczy, noga była zdrowa, lecz on musiał usiąść i chwilę odsapnąć.
W ten sam sposób leczył kolejnych szeregowych, przy każdym mając wrażenie, że zaraz wysiądzie. W końcu doszedł do jednego, któremu granat urwał nogę. Z racji, że jej nie miał ze sobą, to nie mogła z powrotem mu przyrosnąć. Trzeba zasklepić ranę... George wbił pacjentowi znieczulenie, zdezynfekował ranę i przyłożył rękę. Był zmęczony, jak po całodziennym biegu. Zaczął zasklepiać ranę, gdy nagle poczuł, że świat wymyka mu się spod nóg i ciemnieje...
Jak już mówiłem, to II wojna zabarwiona fantasy.
TEASER
to niestety wersja 1.0, więc jest dużo błędów :(
1. MORZE W SZKARŁACIE
Nadejdą czasy krwi, okrucieństwa i rozpaczy.
Stare symbole zostaną przeklęte i uwielbione.
Świat już nigdy nie będzie taki sam.
Anonimowa przepowiednia z 1900 roku
Czy człowiek powinien wykorzystywać Magię w walce?
Próbować za jej pomocą siać zniszczenie?
Przecież Bóg nas obdarzył Mocą, byśmy nieśli pokój i ułatwiali ludziom żywot!
Myślę, że jesteśmy jednomyślni w tej kwestii...
Przemowa Zygfryda von Marder w czasie ustalania Konwencji Wersalskich
6 czerwca 1944 roku.
Kanał La Manche w okolicach plaży „Omaha”.
George sprawdził, czy jego hełm się trzyma prosto, a różdżka nie zsuwa przy ruchu. Właściwie, to ciężko to nazwać różdżką, lepiej laską. Długi i idealnie prosty kij (przewieszony przez plecy), z zatkniętymi po obu końcach dwoma kamieniami szlachetnymi: rubinem, służącym jako zbiornik mocy oraz szafirem działającym jak soczewka, czyniąca z małego uroku potężne zaklęcie. Oprócz tego na boku zawiesił torbę ze zwykłymi medykamentami. To było standardowe wyposażenie medyka armii amerykańskiej, szkolonego w magii uzdrawiającej. To zaszczytna funkcja, niestety mało kto ja dzierżył. Na cały batalion przypadało zaledwie do dziesięciu Uzdrowicieli, często ledwo co przeszkolonych i nie zaprawionych. Gdyby nie to, że George trochę przed wojną amatorsko się w to bawił, nie wiadomo, czy by zdał egzaminy. No! Ale teraz już był czas praktyki...
Na początku, jak tylko wsiedli do barki desantowej, to było wesoło, wszyscy żartowali i zakładali, ilu Niemców zabiją. Potem, wraz z czasem robiło się coraz ciszej, aż wszyscy zamilkli. Sierżant widząc to, zawołał głośno:
-ŻOŁNIERZE! Bierzecie udział w świętej krucjacie wyzwolenia Europy spod nazistowskiej tyranii! Otwieracie drugi front, który przyniesie wolność milionom ludzi! Dlatego odrzućcie strach i wyzwólcie wielkie męstwo, które w sobie macie! DZIŚ JEST DZIEŃ CHWAŁY!
Rozległy się oklaski i wiwaty. George przyznał w myślach, że to piękna przemowa. Jednak podziała tylko na chwilę. Już po dwóch minutach żołnierze, stłoczeni tu jak bydło, zaczęli się niespokojnie rozglądać, a ich twarze wyrażały głębokie zamyślenie. Pogrążenie się, raczej w szare, ciemne myśli niż jasne. Co chwilę któryś wykonywał znak krzyża, całował zawieszony na szyi amulet lub po cichu modlił.
Z nudów Uzdrowiciel przyglądał się swojemu odbiciu w szafirze, swoim dość ostrym rysom twarzy. Był niski, lecz dobrze zbudowany, o raczej kwadratowej twarzy i krótkich, czarnych włosach ukrytych całkowicie pod hełmem.
Minęło trochę czasu i George odniósł wrażenie, że słyszy morskie fale bijące o brzeg. Są już blisko! To się stanie zaraz.... Nagle rozległ się wybuch, a po nim krótki, urwany krzyk. Wszyscy się zaczęli trząść i rozglądać. Paru facetów nagle złapało się za krocze, jakby się bali, że im coś odpadnie. Jak to się mówi: strach opuścił go dołem. George się cieszył, że niedawno napił się „Aspatifu”. To bardzo ciężki do otrzymania eliksir, rozdawany medykom przed starciem, by zachowali zimną krew choćby nie wiadomo co się działo. Toteż był spokojny.
Nagle rozległa się seria z karabinu maszynowego, a po niej krzyki, nawoływania i przekleństwa, a następnie ciche łkanie stojącego obok szeregowego. Wszyscy na niego popatrzyli i pomyśleli, że koleś długo nie pociągnie. Albo zabiją go Niemcy, albo on sam siebie. Barka zaszurało o dno. Sierżant zaczął odkręcać koło, które otwierało wyjście.
Nagle George usłyszał cichy głos w swej głowie:
-Wyskocz bokiem bokiem bokiem bokiem bokiem!
Jako mag wiedział, że takich przeczuć nie wolno ignorować i złapał górną krawędź burty barki. Wtedy też klapa desantowa się opuściła. Ujrzeli zamgloną plażę poprzetykaną żelaznymi palami i kozłami, w dali, majaczył zarys jakiegoś budynku. Nim sierżant zdążył wybiec, to nagle jego ciało w paru miejscach coś przebiło oraz stojących za nim szeregowych. Ci z drugiego rzędu też starali się wybiec, ale i oni padli na ziemię. Jednak George tego nie zobaczył, bo właśnie zeskoczył do wody. Wynurzył się ponad lustro i znalazł tuż przed sobą kozioł, schronił się za nim, a po chwili wahania podbiegł do następnego. Przy czwartym obejrzał się za siebie. Podłoga barki zawalona był ciałami w zielonych mundurach. Nikt nie zdążył wyjść, wszystkich skosił jeden karabin maszynowy. Nagle przylepił się do kozła, bo obok świsnęła mu kula.
Boże! Co by było ze mną, gdyby nie Aspatif!
Stał przy koźle i bał drgnąć. Czas zdawał się nie istnieć. W końcu odzyskał władzę w nogach i podbiegł do następnego kozła, a za nim wskoczył do leja po moździerzu.
Ponoć lej to najbezpieczniejsze miejsce na polu bitwy. Pocisk nigdy nie trafia dwa razy w to samo miejsce!
Dopiero teraz zauważył, że leży nie na ziemi, a na... czymś... na rozszarpanym ciele. Poderwał się, czując, że coś mu podchodzi do gardła, ale instynkt przeważył i George znowu padł na ziemię, lecz tuż obok nieboszczyka. Lekko podniósł głowę i wyjrzał przed lej. Zostało mu już tylko z dwadzieścia metrów do linii zasieków. Przed nią był niewielki garb, za którym kuliło się paru żołnierzy. Jednak do tego miał otwartą przestrzeń. Przeżegnał się, wyskoczył z leja i pognał przed siebie. Tuż za nim coś wybuchło, lecz nie zwrócił na to uwagi, to że nie posiadał broni i prawie żadnego obciążenia uratowało mu życie i padł pomiędzy dwóch swoich. Gdy jeden spojrzał na jego hełm, na którym widniał niebieski krzyż na białym polu, to się cały rozpromienił i krzyknął:
-Bóg nam zesłał Uzdrowiciela! Hurraaa! Wysłuchał naszych próśb!
Obrócił się też drugi. Na jego hełmie widniał szary prostokąt.
Lieutenant! Pomyślał George i przyłożył rękę do głowy by zasalutować.
-Darujcie sobie Uzdrowicielu. Za mną jest trzech, których trafił granat. Może Ci się uda coś zrobić... psiakrew! Tu są sami ranni i nikomu nie chce się iść naprzód. Boże! Kiedy to się skończy...
George się przeczołgał za oficera i znalazł się koło trzech szeregowych. Jeden nie miał nogi, drugi też, a trzeciemu szczęśliwie urwało tylko dłoń, którą tulił do piersi jak dziecko. George przyłożył rękę do pierwszego, który zdawał się być nieprzytomny. Nic dziwnego, był martwy. Tak samo drugi. Podczołgał się do trzeciego, który wytrzeszczył oczy:
-O mój Boże! Czy ja jestem już w raju? Czy to anioł nade mną?
-Spokojnie chłopcze – odezwał się Uzdrowiciel łamiącym się głosem – zaraz ciebie obejrzymy. Pokaż swoją eee.... ranną rękę.
Powoli żołnierz wyciągnął w jego kierunku zakrwawiony kikut. George wyciągnął z torby strzykawkę i wbił mu ją w ramię.
-Teraz ci muszę oczyścić ranę. Zaboli jak cholera, lecz może się uda uratować tobie rękę.
Wyjął butelkę z czerwonym płynem, chwycił rannego za nadgarstek i oblał kikut eliksirem. Private krzyknął tak głośno, że George myślał, że ogłuchnie. Pacjent się szarpał, lecz nie mógł uwolnić ręki z uścisku. Rana zaczęła się pienić i wrzeć. Po chwili leczony zawisł bezwładnie i padł na ziemię płacząc, a wtedy George wyjął z jego drugiej ręki obciętą dłoń i ja również zdezynfekował czerwonym eliksirem. Potem powiedział:
-Słyszysz mnie? SŁYSZYSZ MNIE??
-Eee.e.... ececeech, tak, sir.
-Przyłóż swoją utraconą dłoń do ręki, jakby miała się zrosnąć. Rozumiesz?
-Tak, sir.... po co?
-Zobaczysz... słuchaj rozkazów!
Przerażony żołnierz wykonał polecenie Georgea. Ten zdjął z pleców swoją różdżkę i jej niebieski koniec przytknął do rany. Zamknął oczy, na jego twarzy pojawiło się wielkie skupienie i wysiłek. Rana zabłysła na niebiesko i zniknęła. Żołnierz wytrzeszczył oczy i chwycił odzyskaną dłonią grudkę piasku.
-To… to… NIEMOŻLIWE! Jak to zrobiłeś, sir? Jak mam dziękować?
George nie odpowiedział. Leżał na plecach oddychając ciężko. Jeszcze nigdy nie napotkał go taki wysiłek. Po chwili usłyszał bliski wybuch. To kompani wysadzili zasieki. Kilku się poderwało do szturmu, lecz nawet nie zdążyli się dobrze wyprostować, a MG-42 ustawione dalej ich ściągnęło. George nie słuchał wylewnych podziękowań żołnierza, gdyż naszły go przerażające myśli:
Jak my mamy się tam dostać, do diabła?
Spojrzał na swoją nogę i dopiero teraz zauważył, że ma wbity w udo odłamek wielkości gwoździa. Przez adrenalinę nawet tego nie poczuł, ale taka rana może się strasznie splugawić. Wyjął z torby szczypce, zacisnął je na odłamku i ściskając zęby szybkim ruchem wyciągnął. Krzyknął prawie tak samo jak wcześniej szeregowy. Szybko oblał ranę eliksirem i przyłożył różdżkę. Po chwili uraz znikł, lecz w mundurze była mała dziura. Podczołgał się do lieutenanta:
-Jak mamy tam się przedostać, sir?
-Nie wiem! Skąd mam wiedzieć? To można osiągnąć tylko jednolitym szturmem, ale wszyscy są tak przerażeni, że nie poderwą się w jednej chwili!
George się rozejrzał. Faktycznie, każdy żołnierz miał na twarzy wymalowany zwierzęcy strach, jak schwytany w sidła zając. Nagle usłyszał bliski wybuch i po nim długi krzyk i okrzyk:
-Meeeeeeediiiic!
Podczołgał się do żołnierza, który krzyczał. Leżał on na krawędzi małego leja. Głowę miał całą zakrwawioną, rak samo jak pierś. Wił się i krzyczał. George podszedł i uderzył go w policzek:
-Spokojnie! Jestem przy tobie! Granat?
-AAAAAAAA!!!! Ychhh!!! Tak... – trochę się uspokoił.
-Niesamowity fuksiarz z ciebie! Odłamki tylko rozcięły ci czoło i trochę pierś. Teraz ciebie zaboli jak cholera, ale będziesz zdrowy!
Wyjął znowu czerwony eliksir i cała resztkę wylał na rany szeregowego. Ku zdziwieniu Georga, ten nie krzyknął, lecz tylko zacisnął zęby.
Twardy zawodnik
Przejechał różdżką po ranach, a te znikały. Jedynie po największej szramie na piersi została blizna. Szeregowy się szeroko uśmiechnął. Był to pierwszy uśmiech, jaki George zauważył na tej przeklętej plaży. Przyjął podziękowania, po czym powrócił do lieutenanta.
-A! To pan, corporal . Ja już po prostu nie wiem co robić! Rozkazałem szturmować przedpole, ale poderwało się tylko kilku, w dodatku od razu zginęli. Psiakrew! Próbowaliśmy zestrzelić operatora kaemu , lecz wychylenie głowy z bronią to śmierć! ŚMIERĆ!
To przeszliśmy taki kawał, by nas teraz trafił szlag od jednego kaemu?
Nagle George odniósł wrażenie, że ktoś mu świeci latarką prosto w twarz. Zamknął oczy, lecz blask nie znikał. Nagle rozwiał się, a on ujrzał skały, o które się rozbijały morskie fale. Na skalach była wysoka wieża, a na jej szczycie stała kobieta w długiej, lawendowej sukni. Jej długie, złote włosy i ubranie do tyłu rozwiewał wiatr. Stała wyprostowana, bosa, miała rozłożone ręce na boki i zamknięte oczy. Śpiewała na wietrze.
Była taka piękna…
Wizja zniknęła, ale George miał wrażenie, że widzi ją ciągle na granicy podświadomości. Nagle ze zdumieniem odkrył, że opuścił go całkowicie strach i się podnosi, tak samo jak wszyscy dookoła. Lieutenant krzyknął coś i wskazał niemieckie umocnienia. Wszyscy zaczęli biec w tamtą stronę, coś krzycząc. Co chwile któryś padał, lecz i tak biegli, strzelając do MG-42. Dotarli do skarpy, na której stał karabin maszynowy i zaczęli się na nią wspinać. Pierwszy na górę dotarł George i ujrzał niski murek zrobiony z worków z paskiem. Na nim stał MG-42, a przy nim stała jakaś zdumiona postać. Przyłożył jej do szyi różdżkę, a Niemiec osunął się na ziemię. Byli tu już wszyscy, wbiegli do okopów i zaczęli walczyć z znajdującymi się tam hitlerowcami. Nikt nie zważał na otrzymywane rany, a Niemcy byli zaskoczeni tym niespodziewanym szturmem. George też wskoczył do okupu, lecz nagle wrócił do niego słuch, a świat gwałtownie przyspieszył. Padł na kolana i zwymiotował. Podobna rzecz spotkała innych, lecz szybko się otrząsali i dalej walczyli. George z trudem się wyprostował i podszedł do dwójki szeregowych, którzy wrzucali granaty do wejścia niewielkiego schronu.
-Co to było?
-Nie mam pojęcia, sir. Coś jak amok! Ale gdyby nie on, to byśmy tego nie osiągnęli.
-Ile się przedostało?
-Ze dwudziestu chyba, ale idą następni.
Faktycznie, po skarpie wdrapywali się kolejni żołnierze. Nagle podbiegł jakiś seargeant i powiedział:
-Uzdrowiciel? Jesteś potrzebny tam z przodu! Idź tym okopem, a znajdziesz piątkę, która dostała z czegoś dużego. Śpiesz się!
George zasalutował i przyciskając hełm do głowy pobiegł okopem. Przeskakiwał kolejne ciała, jedne w szarozielonych mundurach i hełmach z kryzą, oraz inne, w zielonych mundurach i hełmach pełnych. Na jednym zakręcie leżało koło siebie czterech żołnierzy, piątego odsunięto na bok. Mu już się nie dało pomóc. Nad rannymi pochylał się jakiś oficer.
-Co im jest?
-Ten pierwszy ma odłamek granatu w brzuchu, drugi w wątrobie. Pozostali trzej nie żyją.
George pochylił się nad rannym w wątrobę. Paskudne draństwo! Na szczęście, żołnierz zdawał się być nieprzytomny. Szczypcami wyjął mu odłamek, zdezynfekował nową butelką eliksiru i różdżką zasklepił ranę. Po tym jego rubin przestał świecić... wyładował się. Teraz musi korzystać z własnych sił witalnych, by leczyć. I tak używa po połowie z sił pacjentów, aby sam niewiele tracił.
Przypadek gościa z raną w jelitach był lżejszy, ale pacjent zachował pełną świadomość. Mimo to widząc leczonego obok się uśmiechał.
-Jeżeli i ze mną tak będzie doktorku, to się nie martwię.
Naprawienie wątroby, która jest jednym organem to pryszcz przy odtwarzaniu poskręcanego jelita – pomyślał George. Wbił rannemu strzykawkę ze znieczulaczem, zdezynfekował ranę (wrzask pewnie słyszano na plaży) i przyłożył różdżkę. W tej chwili pod jego nogi upadł jakiś zbąkany Stielhandgranate . Odskoczył metr w tył i pobiegł okopem. Po dwóch sekundach usłyszał za sobą eksplozję i krzyk. Gdy się odwrócił, to padł na kolana i myślał, że zemdleje. Dookoła małego dołku leżały cztery zmasakrowane ciała, bez nóg i części korpusów. George patrzył na to i patrzył, nie mogąc się ruszyć. Z szoku wyrwał go dopiero głos oficera, co wcześniej pochylał się nad rannymi:
-Gratuluje refleksu żołnierzu!
-Refleksu?! Powinienem to wziąć i odrzucić...
-Bzdura. Tak, to się dzieje tylko w starych opowieściach i filmach propagandowych. Owszem, da się odrzucać granaty, ale to nie jest takie łatwe. Trzeba mieć żelazne nerwy i kupę fuksa, by granat nie zdążył wybuchnąć. Według mnie, gdybyś się nie ewakuował, to byśmy mieli tu o jednego trupa więcej.
-Ale... – George zamilkł. Zdrowy rozsądek mu gratulował, lecz sumienie ganiło. Z zamyślenia wyrwał go rozpaczliwy głos:
-Medyk! Potrzebujemy medyka!
Uzdrowiciel podbiegł do stojącego obok i krzyczącego szeregowca:
-Ja jestem Uzdrowicielem! Gdzie jestem potrzebny?
-Proszę iść za mną, sir!
Podążyli w stronę plaży. Gdy znaleźli się na krawędzi wydmy, to George spojrzał na morze. Nie było niebieskie, nie było zielone, nie było nawet szare. Było czerwone, szkarłatne. Dalej znajdowała się plaża, zasłana ciałami w zielonych mundurach, fragmentami kończyn oraz ekwipunkiem. Z kolejnych barek wysiadali nowi żołnierze. Niektórzy na widok tej hekatomby zaczynali wymiotować. W powietrzu zapach morza walczył o dominację z zapachem krwi.
Georga do świadomości przywrócił ponowny okrzyk szeregowca. Podbiegli do miejsca, do którego znoszono przytomnych jeszcze rannych. George podszedł do pierwszego z brzegu:
-Co ci jest?
-Pocisk mi przebił udo. HOLY SHIT! Boli jak wszyscy diabli...
Pocisk od MG42, więc przeleciał na wylot, co znacznie uprości sprawę. George zdezynfekował ranę i sięgnął po różdżkę, lecz jego dłoń zacisnęła się na pustce.
Różdżka została strzaskana przez granat...
W takiej sytuacji musiał to zrobić ręcznie. Przyłożył dłoń do rany, zamknął oczy się skupił. Zaczął się pocić jak przy podnoszeniu wielkiego ciężaru. Gdy po chwili otworzył oczy, noga była zdrowa, lecz on musiał usiąść i chwilę odsapnąć.
W ten sam sposób leczył kolejnych szeregowych, przy każdym mając wrażenie, że zaraz wysiądzie. W końcu doszedł do jednego, któremu granat urwał nogę. Z racji, że jej nie miał ze sobą, to nie mogła z powrotem mu przyrosnąć. Trzeba zasklepić ranę... George wbił pacjentowi znieczulenie, zdezynfekował ranę i przyłożył rękę. Był zmęczony, jak po całodziennym biegu. Zaczął zasklepiać ranę, gdy nagle poczuł, że świat wymyka mu się spod nóg i ciemnieje...
Cóż, błędy gramatyczne ci wybaczę, bo są nie do uniknięcia, a i przy pisaniu książki masz sztab jeleni od poprawiania byków ;p
Co do fabuły, alternatywna historia WWII może przykuć uwagę, jeśli zaś chodzi o treść, to jeśli miałaby to być dłuższa książka, to ten rozdział nadaje się raczej do zbioru krótkich opowiadań. (Jak u imć J. Ćwieka, autora mojego ulubionego "Kłamcy" :D )
A tak to nie mam zastrzeżeń, sam myślałem czy by o czymś nie napisać ale nigdy nie mogę się skupić na jednym pomyśle, tak więc, brawo Spidi, za pomysł, wytrwałość oraz cóż... napisz więcej, to będzie po czym cię oceniać ;p
Co do fabuły, alternatywna historia WWII może przykuć uwagę, jeśli zaś chodzi o treść, to jeśli miałaby to być dłuższa książka, to ten rozdział nadaje się raczej do zbioru krótkich opowiadań. (Jak u imć J. Ćwieka, autora mojego ulubionego "Kłamcy" :D )
A tak to nie mam zastrzeżeń, sam myślałem czy by o czymś nie napisać ale nigdy nie mogę się skupić na jednym pomyśle, tak więc, brawo Spidi, za pomysł, wytrwałość oraz cóż... napisz więcej, to będzie po czym cię oceniać ;p
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
- ^|*?**/Adi*/-**
- Pułkownik
- Posty: 1442
- Rejestracja: 2009-02-12, 22:26
- Nick w ET: ^|*?**/Adi*/-**
- Lokalizacja: Olsztyn
- Kontakt:
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
Hmmm przy okazji odpowiem na starą, zapomnianą niechlubnie przez ze mnie wiadomość na PW od Vansa:
Wieży Snów niestety, nie zamierzam rozpowszechniać przed jej wydaniem. Mam ku temu wiele powodów. Ale jeśli lubicie moją pisaninę... to zapraszam: mail, gadu, wszystko, zamówienia, a ja będę wysyłał co mam na składzie.
A to jest w sieci:
http://thief-forum.ehost.pl/viewtopic.php?t=4648
patrzycie na "SPIDIvonMARDER" i tam macie z 10 moich tekstów, a tutaj jeszcze kilka:
http://thief-forum.ehost.pl/viewtopic.php?p=99322#99322
http://thief-forum.ehost.pl/viewtopic.php?p=95935#95935
Wieży Snów niestety, nie zamierzam rozpowszechniać przed jej wydaniem. Mam ku temu wiele powodów. Ale jeśli lubicie moją pisaninę... to zapraszam: mail, gadu, wszystko, zamówienia, a ja będę wysyłał co mam na składzie.
A to jest w sieci:
http://thief-forum.ehost.pl/viewtopic.php?t=4648
patrzycie na "SPIDIvonMARDER" i tam macie z 10 moich tekstów, a tutaj jeszcze kilka:
http://thief-forum.ehost.pl/viewtopic.php?p=99322#99322
http://thief-forum.ehost.pl/viewtopic.php?p=95935#95935
- SlaviaConsesiao
- Pierwszy sierżant
- Posty: 383
- Rejestracja: 2008-11-10, 13:19
- Nick w ET: ETPlayer
- Lokalizacja: Sadów
- Kontakt: