Prawdziwe badania hitlerowców -Tajna broń Hitlera
- SlaviaConsesiao
- Pierwszy sierżant
- Posty: 383
- https://www.houzz.com/pro/kuchnie/meble-kuchenne-i-kuchnie-na-wymiar-warszawa
- Rejestracja: 2008-11-10, 13:19
- Nick w ET: ETPlayer
- Lokalizacja: Sadów
- Kontakt:
Prawdziwe badania hitlerowców -Tajna broń Hitlera
Tajna Broń Hitlera
wszystkie informacje zawarte w tym artykule są prawdziwe...
Informacje przedstawione w tym tekście pochodzą z tajnego archiwum Hitlera odnalezionego kilka lat po wojnie w Wiedniu. Nie wszystkie dokumenty z tego archiwum zostały udostępnione, ale nawet to, co opublikowano, zawiera takie rewelacje, że aż strach pomyśleć, co znajduje się w utajnionej części. Nie wiadomo, czy te nie znane obecnie informacje kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. Adolf Hitler był człowiekiem bardzo przesądnym i głęboko wierzył w zjawiska nadprzyrodzone. To na jego rozkaz niemieccy żołnierze pod okiem poważnych naukowców prowadzili poszukiwania Świętego Graala (i domniemanego grobu Chrystusa) w Langwedocji, to on wysłał ekipę badaczy w niedostępne góry Tybetu, by zgłębili tajemnicę reinkarnacji, podróży astralnych i przechodzenia w inne wymiary. Czy ekspedycje te przyniosły rezultaty? Wydaje się, że tak. Odnalezione w Wiedniu dokumenty zdają się potwierdzać, że dzięki zdobytym na Wschodzie informacjom, niemieckim naukowcom udało się skonstruować pojazdy, które można by określić mianem UFO, a więc takie, o jakich mówimy "niezidentyfikowane obiekty latające" (które niekoniecznie muszą być wytworem obcych cywilizacji).
Już 14 grudnia 1944 r "New York Times" podawał, że z terytorium Rzeszy startują okrągłe, pozbawione skrzydeł pojazdy: "Pojawiają się pojedynczo lub w formacjach. Niektóre są metaliczne, inne wydają się przezroczyste". Sposób poruszania się tych pojazdów sugerował, że Niemcom udało się odkryć i ujarzmić antygrawitację. W jaki sposób? Tego chyba nikt nie wie. Wywiad angielski zlokalizował miejsca, z których startowały tajemnicze obiekty. I choć alianci panicznie bali się nowej, niemieckiej broni, to miejsc tych nigdy nie zbombardowano. Dlaczego? No cóż, to chyba jasne - do dziś są to pilnie strzeżone bazy wojskowe, objęte klauzulą najwyższej tajności. Z wiedeńskiego archiwum wynika, że podczas wojny udało się Niemcom wyprodukować, oprócz ogólnie znanych V-1 i V-2, również V-4 i V-7. Prawdziwą rewelacją okazał się Vril-1. Być może właśnie ten pojazd (lub bardzo do niego podobny) zauważył i sfotografował na Księżycu amerykański kosmonauta Edwin Aldrin. Nadal wielu ludzi pragnie się dowiedzieć, co oznaczały słowa pierwszego człowieka na księżycu, Armstronga, który przekazał na Ziemię bulwersujące zdanie: "Nie jesteśmy tu sami". Co takiego zobaczył Armstrong i dlaczego nie poinformowano o tym opinii publicznej? Wiadomo, że Hitler marzył o podboju kosmosu. Czyżby mu się to częściowo udało? Niemiecki wynalazca Victor Schauberger, skonstruował podobno pojazdy latające o napędzie elektrograwitacyjnym Vril -1, Vril-2. Vril-1 przeszedł ponoć pomyślnie próby lotu.
Tajemnica utrzymywana za wszelką cenę
W utajnianiu wszelkich wiadomości o UFO biorą udział praktycznie wszystkie rządy świata, nawet nasz. Poczynają sobie przy tym wyjątkowo perfidnie. W 1968 r dwóch zaprzyjaźnionych kalifornijskich przemysłowców było świadkami lądowania UFO. Oznajmili potem zgodnie, że ubrani w skafandry pasażerowie dziwnego pojazdu porozumiewali się ze sobą najczystszą niemczyzną... Reakcja rządu była natychmiastowa. Obydwaj mężczyźni zostali zatrzymani i chociaż badania lekarskie potwierdzały, że ich zdrowie psychiczne nie budzi żadnych zastrzeżeń, zostali na wiele lat umieszczeni w szpitalu psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze. Kiedy stamtąd wyszli, byli już tylko wrakami ludzi. Jeszcze bardziej tajemnicza jest powzięta przez Niemców w 1938 r. wyprawa na Antarktydę pod dowództwem kapitana Ritshera. Do dziś wiadomo jedynie, że misja miała charakter militarny. Ale nie tylko. Czego Niemcy szukali na tych niedostępnych terenach? Tuż przed zakończeniem wojny admirał Donitz wysłał lakoniczny rozkaz do stacjonujących u wybrzeży Antarktydy okrętów podwodnych: "Zostać i kontynuować misję". Rozkaz nie był zaszyfrowany, a jednak do dziś nie wiadomo, o jaką misję chodziło. A co ciekawsze, wszystko wskazuje na to, że ta tajemnicza misja nigdy nie została zakończona i że trwa nadal.
Baza na Antarktydzie
W 1947 r. wysłano w ten rejon kilka okrętów Marynarki Wojennej USA. Czytając dziennik pokładowy admirała Byrda, można odnieść wrażenie, że począwszy od zapisków opatrzonych datą przybycia na miejsce, dziennik zaczyna przypominać powieść science-fiction. Przede wszystkim, Amerykanie zauważyli kilka jednostek podwodnych, z którymi nie zdołano nawiązać żadnego kontaktu radiowego. Podczas prób zbliżenia znikały w niewytłumaczalny sposób. Wysłane na ich poszukiwania małe łodzie podwodne nigdy nie powróciły. Grupa żołnierzy mających za zadanie spenetrowanie odcinka lądu, gdzie zauważono startujące UFO, także przepadła jak kamień w wodę. Odebrano tylko urwany w pół słowa meldunek o dziwnych tunelach w lodzie i zapadła cisza. Admirał Byrd stracił około 100 żołnierzy i ku jego zdziwieniu dowództwo w Stanach nakazało mu przerwać misję i natychmiast opuścić niebezpieczny teren. Los zaginionych w wodzie i na lądzie marynarzy do dzisiaj nie jest znany. Pytanie, czy Niemcy mają tajemniczą bazę na Antarktydzie i czy podczas II wojny światowej wysłali rakietę (z załogą?) na Księżyc, pozostaje bez odpowiedzi. Jedno wiadomo na pewno. To nie Niemcy wymyślili i zbudowali pierwsze UFO. Wzmianki o dziwnych obiektach latających można znaleźć już w Biblii. Zagadka niezidentyfikowanych obiektów latających i tajemniczej bazy w lodach Antarktydy ciągle czeka na rozwiązanie Pierwsze prace nad latającym talerzem rozpoczęto na początku lat dwudziestych w Augsburgu (Niemcy). W 1934 roku powstał statek o średnicy 5 metrów. Jego cechą było to, że podczas lotu jego powierzchnia emitowała poświatę podobną do obserwowanych pojazdów UFO. Rozpoczęto również pracę nad bojowymi wersjami tego statku, który został uzbrojony w działka 30mm i karabiny maszynowe. Odlot statku odbył się zimą 1942r. Kluczowym urządzeniem, stanowiącym serceniezwykłego pojazdu był "dzwon" ("die glocke"), który wchodził w skład zespołu napędowego. Z materiałów wynika, że miał on być drobną, choć bardzo ważną częścią większego systemu napędowego. Główną część "dzwonu" stanowił umieszczony w obudowie wirnik, składający się z wału i dwóch dysków wypełnionych rtęcią, która w trakcie pracy była schładzana poniżej temperatury krzepnięcia. Dzwon był to cylinder umieszczony w trakcie pracy pionowo, górna część posiadała zaokrąglenie w kształcie kopuły, zaś dolna stanowiła okrągłą podstawę. Obudowa wykonana była z materiału dielektrycznego. Wysokość 2-2,5 metra. średnica 1,5 - 1,8 metra. Przeciw bieżnie wirujące masy. Główną część ,,dzwonu" stanowił umieszczony w obudowie wirnik (współosiowo) składający się z wału, dwóch dysków wypełnionych rtęcią, która w trakcie pracy schładzana była poniżej temperatury krzepnięcia. Dyski wirowały przeciw bieżnie z bardzo dużą prędkością. "dzwon" był zasilany energią elektryczną dużej mocy i charakteryzował się pracą ciągłą. W trakcie pracy "dzwon" emitował silne promieniowanie, które miało negatywny wpływ na organizmy żywe, powodowało odbarwianie materiałów, koagulacje próbek krwi. Po pewnym czasie utajnionym (rzędu jednego tygodnia) w czasie którego badane organizmy żyły, następował gwałtowny rozkład do postaci mazistej bez zapachu typowego dla gnicia. Przed każdą próbą uruchomienia "dzwonu" w jego wnętrzu umieszczano coś w rodzaju podłużnego, ceramicznego pojemnika o ściankach osłoniętych warstwą ołowiu o grubości 3cm. Pojemnik wypełniony był dziwną, złocistą substancją o odcieniu fioletowym. Co to było nie mogą ustalić historycy do dziś, wiadomo jednak że substancja ta miała konsystencję lekko ściętej galarety. Tajemnicza substancj nosiła kryptonim IRR XERUM 525 lub IRR SERUM 525. W jaki sposób hitlerowscy naukowcy zdobyli tak zaskakującą technologię? Na to pytanie niestety, nie znaleziono odpowiedzi.
Z czasem budową latających talerzy z niesamowitym napędem zajęła się wojskowa placówka SS "Entwicklungsstelle IV". W lecie 1939r rozpoczęto test pierwszego obiektu , o średnicy ok. 25 metrów któremu nadano kryptonim "Haunebu I". Testy wypadły pomyślnie i natychmiast przystąpiono do badań nad modelem "Haunebu II". Pojazd unosił się swobodnie w powietrzu i mógł rozwinąć prędkość do ok. 6000 km/h. Podczas ostatnich miesięcy wojny powstał tylko jeden prototyp "Haunebu", który wykonał 19 lotów próbnych. Mieścił na swym pokładzie 32 ludzi. Głównymi konstruktorami "latających dysków Fuehrera", był zespół konstruktorów: Habermohl, Schriver, Mithe i Bellonzo. Mithe swoje laboratorium miał we Wrocławiu. Skonstruował tam dysk o średnicy 42 metrów z dyszami na obwodzie. Pisał również o próbnym locie dysku, który miał miejsce nad Bałtykiem. Schriver i Hambermohl, pracujący w Pradze, skonstruowali podobny obiekt, który odbył lot 14 lutego 1945r i osiągną w ciągu 3 minut pułap 12400 metrów. Według danych amerykańskich Włoch Bellonzo skonstruował natomiast dwie wersje latających spodków o średnicy 38m i 68m. 19 lutego 1945r Bellonzo wykonał lot eksperymentalny. Osiągnął pułap 15000 metrów przy prędkości 2200 km/h. Przy nabieraniu dużej prędkości ulegał zmianie kształt kabiny. Innym konstruktorem dysków był Viktor Schauberger. Jego napęd opierał się na bezdymnym, bezpłomiennym silniku wybuchowym. Silnik dla swego działania potrzebował jedynie wody. W zamian dawał ciepło, światło i ruch. Dysk na obwodzie posiadał 12 silników odrzutowych, które chłodziły główny silnik lewitacyjny. Po wojnie Schauberger przedostał się do USA. Amerykańscy wojskowi zaproponowali mu 3 mln. dolarów w zamian za zdradzenie tajemnicy silnika wybuchowego, lecz oferta została odrzucona. Po wkroczeniu wojsk radzieckich w ścisłej tajemnicy zdemontowano niezwykłe niemieckie urządzenia i wywieziono je na Syberię. Podobno Rosjanom udało wznowić budowę dysków. Mieli do dyspozycji nie tylko prototypy urządzeń, ale i naukowców Schriver, Mithe i Habermohla. Po kilku latach udało im się uciec i przedostać się do USA. Tam jednak również nie dane im było ujawnienie swoich badań. Stali się bowiem najlepiej strzeżonymi przez CIA (ang. Central Inteligence Agensy, pol. Centralna Agencja Wywiadowcza) osobami, a wszystkie ich zeznania objęto ścisłą tajemnicą. Mimo dokumentów potwierdzających prace nad latającymi dyskami, do dziś nie udało się rozwiązać kluczowej zadatki - skąd hitlerowcy znali technologię pozwalającą na budowę tego typu statków powietrznych? Dlaczego miały one kształt dysku, skąd pomysły na zaskakujące silniki. Współcześnie niemieccy ufolodzy twierdzą, że przed II wojną światową hitlerowcom udało się nawiązać kontakt z wysoko rozwiniętą cywilizacją z Układu Aldebarana. Według różnych źródeł, do takiego kontaktu miało dojść w Sudetach.
W latach trzydziestych wielu tamtejszych mieszkańców widziało na niebie kule ogniste i światła. W latach 1936 - 1944 miejsce to należało do Ewy Braun, kochanki Hitlera. Czy jednak rzeczywiście udało im się nawiązać kontakt z obcą cywilizacją i przejąć część wiedzy? Czy też może niemieccy konstruktorzy okazali się na tyle zdolni, że błyskawicznie wymyśli kilkanaście nowych rozwiązań technologicznych i opracowali plany latającego dysku? Obie hipotezy brzmią równie fantastycznie. Niemcy dysponowały pod koniec II wojny światowej wieloma zaawansowanymi technicznie broniami: mieli prototyp "inteligentnej" bomby sterowanej za pomocą obrazów telewizyjnych, testowali też niewykrywalne przez radary myśliwce typu "latające skrzydło". Ale plany, dokumenty i relacje naocznych świadków, które wciąż jeszcze wychodzą na jaw, mówią o tym, że poza znanymi dzisiaj wszystkim V1 i V2, Niemcy ukrywali coś jeszcze. Coś wyjątkowego, co wykracza także poza dzisiejszą technikę. Mieli samoloty typu V7, czyli... latające talerze ! Były major armii niemieckiej, Rudolf Lusar, napisał w latach 50. książkę, w której mówi o co najmniej dwóch konstrukcjach latających dysków. Według niego, prototyp jednego z nich osiagał prędkość 2000 km/h, a napęd stanowiły turbiny gazowe. Jednak takie rozwiązanie jest niczym, jeśli porównamy go z napędem antygrawitacyjnym ( wykorzystującym własne pole siłowe, działające przeciwnie niż przyciąganie ziemskie ). A kto zaczął o takim napędzie mówić ?
Kapitan Edward J. Ruppelt, kierujący oficjalnym amerykańskim projektem BŁĘKITNA KSIĘGA, napisał w swoim raporcie, że Niemcy dysponowały w czasie wojny maszynami o możliwościach, które można by porównać tylko do osiągów UFO. Dokumenty, do których miał dostęp, dzisiaj są już szeroko znane. Na niemieckich planach z czasów wojny widać dyskokształtne obiekty przedstawiające "latające talerze" w przekroju. Część z nich ma napęd konwencjonalny, ale na niektórych widnieją iście rewolucyjne schematy napędów antygrawitacyjnych ! Jedne z nich opierają się na zasadzie dwóch wirujących przeciwnie dysków, działanie innych nawet dzisiaj nie jest dla inżynierów i uczonych jasne. Kryptonim V7 pojawia się w raporcie Richarda Miethego, naukowca, związanego z pracami nad pojazdem. Miethe wspomina o próbnym locie dysku w pobliżu Władysławowa. Jednak niemieckie "latające talerze" związane są silniej z drugim końcem Polski. Wiele świadectw wskazuje na niedostępny dziś, podziemny kompleks w pobliżu Książa w Górach Sowich. Miejsce prac ukryte było przed rozpoznaniem lotniczym, otoczone trzema szczelnymi pierścieniami żołnierzy SS. Z ujawnionych w ostatnim czasie planów niemieckich wynika, że baza obiektów V-7 miała zostać zbudowana głęboko pod ziemią w górach, a kompleks "Riese" był pod tym względem wyjątkowy chociaż by dlatego, że występowały tam pokłady uranu, które mogły być wykorzystywane do produkcji paliwa jądrowego dla latających dysków! Do budowy kompleksu "Riese" wykorzystano siłę roboczą z obozu Gross-Rosen. Niemcy testowali V-7 na różnych poligonach tj. W Karkonoszach (w rejonie Przełęczy Karkonoskiej), w Górach Kaczawskich (rejon Mniszkowa koło Jeleniej Góry). Badania dr. Milosa Jesensky`ego wskazują jeszcze na rejon Pragi, Hodonina, Chebu, Hontiansych, na terenie Niemiec i terenie byłej Czechosłowacji. Istniały poligony morskie V-7 w okolicach Ustki, Królewca i Władysławowa, można przytoczyć zdarzenie z NOL-em 14 lipca 1943 roku w rejonie Gdyni-Babich Dołów: Być może nie tylko opracowywano tam plany V7, ale przygotowywano również produkcję obiektów. Turyści chętnie odwiedzają podziemia znajdujące się pod zamkiem. Jednak to nie one miały służyć w czasie wojny tajnym broniom niemieckim. O znaczeniu innych podziemnych kompleksów Książa świadczą dzisiaj kilometry dróg i kabli elektrycznych. Żyją jeszcze ludzie, którzy są w stanie wskazać wejścia do tajnych hal, które po wojnie, w 1947 roku Polacy wysadzili w powietrze. Na pewno jednak zasypane pomieszczenia nie ukrywają latających spodków. Są tylko świadectwem, że tam właśnie mogły być konstruowane dyski - owa "cudowna broń Hitlera". Ale co stało się z nimi potem, po wojnie ? Obiekty o kształtach identycznych z tymi, które były na planach niemieckich, obserwowano później po wojnie w USA, Anglii i przede wszystkim w Argentynie. Powojenne przypadki z Ameryki Południowej najwyraźniej miały jeszcze napęd konwencjonalny, który okazał się niewypałem. Spodki dymiły jak smoki, a przy tym robiły mnóstwo hałasu. Ale wkrótce pojawiły się też doniesienia o bezszelestnych dyskach, zachowujących się jak "rasowe UFO", których załogę stanowili wysocy blondyni... Takie przypadki notowane są nadal. Ufolodzy wyodrębniają nawet oddzielny typ "ludzkich" załogantów latających spodków, zwany NORDYKAMI. Dla kogo pracują Nordycy, jakie państwa przejęły latającą spuściznę hitlerowskich Niemiec ? Można snuć na ten temat jedynie domysły. Organizowano ekspedycje naukowe w rejony Bliskiego Wschodu, Tybetu, Ameryki Południowej. Nie można wykluczyć, że ekspedycje naukowe dotarły do zawartych w sanskryckich pismach opisów maszyn latających. Inna z hipotez mówi o katastrofie w 1937 lub 1938 roku koło Czernicy. Miał to być obiekt typu kulistego który po przelocie nad Czernicą spadł na teren pobliskiego majątku krewnych Ewy Braun. Wkrótce z garnizonu jeleniogórskiego sciągnięto oddziały SS, które otoczyły teren katastrofy i zabezpieczyły przewiezienie obiektu do Jelenie Góry. świadkowie mieli zostać zmuszeni do milczenia.
W celu zbadania wraku sprowadzono w krótkim czasie trzech fizyków jądrowych. Jednym z najbardziej tajnych projektów III Rzeszy były latające talerze określone symbolem V-7 które Hitler nazwał prawdopodobnie "cudowną bronią". Pierwsze prace nad latającym talerzem rozpoczęto na początku lat dwudziestych w Augsburgu (Niemcy). Był to statek oznaczony symbolem Vril-1. W 1934 roku powstał statek o średnicy 5 metrów, który uniósł się w powietrze i nazywał się Vril-2. Cechą charakterystyczną było to, że podczas lotu jego powierzchnia emitowała poświatę podobną do obserwowanych pojazdów UFO. Rozpoczęto również pracę nad wersjami bojowymi statku Vril - 1, który był uzbrojony w działka 30 mm i karabiny maszynowe. Oblot tego statku odbył się w zimie 1942 roku.. Z czasem badaniami i budową latających talerzy zajęła się wojskowa placówka SS - Entwicklungsstelle -IV. W lecie 1939 roku rozpoczęto testy pierwszego obiektu Haunebu - I o średnicy ok. 25 metrów. Haunebu - II był modelem bardziej udoskonalonym o średnicy ok. 30 metrów, posiadał cztery generatory elektro-grawitacyjne - jeden duży umieszczony centralnie, a trzy mniejsze stabilizujące i mógł rozwinąć prędkość dochodzącą do 6000 km/h. Plan jednej z wersji statku ,,Haunebu" Rekonstrukcja na podstawie zachowanych planów statku Haunebu 3. Podczas ostatnich miesięcy wojny powstał tylko jeden jego prototyp, który wykonał 19 lotów próbnych. Mieścił 32 ludzi na swym pokładzie, rozwijał prędkość ok. 10 Macha. Napęd tego statku składał się prawdopodobnie według naszych przypuszczeń z generatorów elektrograwitacyjnych. V-7 "Haunebu" wersje 1 do 9. Były to latające dyski z dużym payloadem, prędkością i manewrowością, w dodatku niewidzialne dla radarów - czyli, można powiedzieć: UFO w służbie Hitlera. Zrekonstruowany rysunek przez autorów tej strony na podstawie oryginalnego planu technicznego tego obiektu. Prawdopodobnie jest to dysk V-8 bardzo rozwiniętej konstrukcji z lepszymi właściwościami. Czyżby prawdziwym było domniemanie, że Niemcy zbudowali różne typy tych dyskoplanów, w tym typy przystosowane do lotów kosmicznych - jak twierdzą niektóre źródła? Urządzeniem zasilającym dla wszystkich statków Haunebu był zestaw połączonych silnych elektromagnesów generatora Van de Graafa i rodzaj sferycznego dynama Marconiego zawierającego kulę wirującej rtęci. Urządzenie wytwarzało pole elektro-grawitacyjne i zostało nazwane "Tachyonatorem Thule". Nad wynalazkiem tym pracował Hans Coler oraz von Franz Haid z zakładów Siemens - Schucker oraz labolatorium AEG Telefunken. W dawnych zakładach Zeppelina prowadzono prace nad budową cygarowatej stacji kosmicznej ,,Andromeda" o dł. 105 metrów, którą rzekomo zbudowano w roku 1943r. Do dziś zachował się jeden z takich planów. Plan obiektu napędzanego przez dwa przeciwbieżnie obracające się dyski. Dyski zawieszone były w polu magnetycznym, na dole znajdował się dzwon a u góry kabina dla dwóch pilotów. Obiekt z dyskami o różnej średnicy, dzwonem umieszczonym centralnie i trzema generatorami stabilizującymi na dolnej części. Przez środek obiektu przechodzi centralny rdzeń, którego celem było przenikanie grawitacyjne i ukierunkowanie pola generowanego przez dzwon i dyski
Ziemskie projekty UFO
Ziemscy konstruktorzy statków powietrznych od zawsze myśleli o zbudowaniu talerzopo-dobnego samolotu, fachowo zwanego samolotem z płatem talerzowym. Próby te datować można już od projektów maszyn latających Leoanardo da Vinci. Trudno jest przecenić zalety takiego samolotu. Konstrukcja jego w stosunku do samolotów z płatami klasycznymi jest bardziej zwarta i prosta, dzięki czemu w poważnym stopniu zmniejsza możliwość awarii. Okrągły kształt płatu zapewnia możliwie najbardziej ekonomiczne wykorzystanie jego powierzchni. Budowa takiego samolotu nie preferuje już w samej konstrukcji żadnej strony samolotu (przy centralnej budowie kabiny pilota i rozmieszczeniu w płacie lub pod płatem odśrodkowo biegnących dysz, samolot taki może pionowo startować i lądować, w powietrzu zaś lecieć równie dobrze w przód, w tył lub bokiem). Taki sposób budowy i latania wyklucza potrzebę sterów i stateczników co z jednej strony zmniejsza jego masę, z drugiej zaś- także awaryjność. W locie postępowym cała powierzchnia samolotu wykorzystuje siłę nośną, co w dużym stopniu zwiększa stosunek udźwigu lub też zasięgu do ciężaru własnego samolotu. Wreszcie samolot taki, z reguły pionowo startujący i lądujący - nie potrzebuje ani skomplikowanego podwozia, ani lotnisk z pasami startowymi. Dzięki tym wszystkim zaletom samolot taki stał się trudnym do realizacji ideałem. Pierwsze próby budowy takiego zamolotu podjęto już w r. 1909 W 1955 r. pojawił się francuski jednomiejscowy latający spodek RC zbudowany przez R. Couzieneta. Miał wymiary identyczne jak spodek kanadyjski. Unosił się ku górze dzięki dwu tarczom z 48 metalowymi skrzydełkami wirującymi na obwodzie dysku w przeciwnych kierunkach. Po osiągnięciu odpowiedniej wysokości włączany był znajdujący się pod kadłubem silnik turboodrzutowy, któy umożiwiał ruch poziomy. W r. 1958, przy współpracy Wielkiej Brytanii i RFN powstaje latający model "Omega" o średnicy 2 m. i wysokości 44 cm. Napęd oparty był na przykładzie francuskiego RC. W r. 1960 pojawiają się już równoległe dwie konstrukcje dyskoidalne: brytyjski jednomiejscowy statek załogowy do powrotu z orbity okołoziemskiej, zaprojektowany w zakładach Armstrong-Whitworth i stąd noszący nazwę AW i amerykański, również jednomiejscowy, poduszkowiec X-3B "Flying Saucer". Projekt brytyjski został zawieszony z powodu niepowodzeń w realizacji własnego programu kosmicznego. X-3B zbudowany na Uniwersytecie Princeton (zgodnie z założeniem) osiągał maksymalną wysokość 1,22 metra. Od tego czasu prototypy dyskoidalnych pojazdów latających powstają jak grzyby po deszczu.Oto ważniejsze z nich: W 1968 r. powstają dwa dyskoidalne poduszkowce produkcji radzieckiej o nazwach CHAI oraz UAI "Skat" ("Płaszczka"). W 1972 r. opatentowany został w Australii samolot dyskoidalny o bardzo oryginalnym rozwiązaniu konstrukcyjnym- - wirujący nad dyskiem pierścień szczelinowy wytwarza sferę z obniżonym ciśnieniem, która w pewnym sensie "wsysa" samolot ku górze). W r. 1980 opatentowany został przez konstruktora włoskiego Alfredo Bizarriego z Florencji, zaopatrzony w typowy dla samolotów statecznik latający dysk (unoszący się w powietrze dzięki całej serii silników zasysających powietrze sponad dysku i tłoczących je pod dysk). Od tego czasu jest dosyć cicho w sprawie dyskoidalnych pojazdów latających.
wszystkie informacje zawarte w tym artykule są prawdziwe...
Informacje przedstawione w tym tekście pochodzą z tajnego archiwum Hitlera odnalezionego kilka lat po wojnie w Wiedniu. Nie wszystkie dokumenty z tego archiwum zostały udostępnione, ale nawet to, co opublikowano, zawiera takie rewelacje, że aż strach pomyśleć, co znajduje się w utajnionej części. Nie wiadomo, czy te nie znane obecnie informacje kiedykolwiek ujrzą światło dzienne. Adolf Hitler był człowiekiem bardzo przesądnym i głęboko wierzył w zjawiska nadprzyrodzone. To na jego rozkaz niemieccy żołnierze pod okiem poważnych naukowców prowadzili poszukiwania Świętego Graala (i domniemanego grobu Chrystusa) w Langwedocji, to on wysłał ekipę badaczy w niedostępne góry Tybetu, by zgłębili tajemnicę reinkarnacji, podróży astralnych i przechodzenia w inne wymiary. Czy ekspedycje te przyniosły rezultaty? Wydaje się, że tak. Odnalezione w Wiedniu dokumenty zdają się potwierdzać, że dzięki zdobytym na Wschodzie informacjom, niemieckim naukowcom udało się skonstruować pojazdy, które można by określić mianem UFO, a więc takie, o jakich mówimy "niezidentyfikowane obiekty latające" (które niekoniecznie muszą być wytworem obcych cywilizacji).
Już 14 grudnia 1944 r "New York Times" podawał, że z terytorium Rzeszy startują okrągłe, pozbawione skrzydeł pojazdy: "Pojawiają się pojedynczo lub w formacjach. Niektóre są metaliczne, inne wydają się przezroczyste". Sposób poruszania się tych pojazdów sugerował, że Niemcom udało się odkryć i ujarzmić antygrawitację. W jaki sposób? Tego chyba nikt nie wie. Wywiad angielski zlokalizował miejsca, z których startowały tajemnicze obiekty. I choć alianci panicznie bali się nowej, niemieckiej broni, to miejsc tych nigdy nie zbombardowano. Dlaczego? No cóż, to chyba jasne - do dziś są to pilnie strzeżone bazy wojskowe, objęte klauzulą najwyższej tajności. Z wiedeńskiego archiwum wynika, że podczas wojny udało się Niemcom wyprodukować, oprócz ogólnie znanych V-1 i V-2, również V-4 i V-7. Prawdziwą rewelacją okazał się Vril-1. Być może właśnie ten pojazd (lub bardzo do niego podobny) zauważył i sfotografował na Księżycu amerykański kosmonauta Edwin Aldrin. Nadal wielu ludzi pragnie się dowiedzieć, co oznaczały słowa pierwszego człowieka na księżycu, Armstronga, który przekazał na Ziemię bulwersujące zdanie: "Nie jesteśmy tu sami". Co takiego zobaczył Armstrong i dlaczego nie poinformowano o tym opinii publicznej? Wiadomo, że Hitler marzył o podboju kosmosu. Czyżby mu się to częściowo udało? Niemiecki wynalazca Victor Schauberger, skonstruował podobno pojazdy latające o napędzie elektrograwitacyjnym Vril -1, Vril-2. Vril-1 przeszedł ponoć pomyślnie próby lotu.
Tajemnica utrzymywana za wszelką cenę
W utajnianiu wszelkich wiadomości o UFO biorą udział praktycznie wszystkie rządy świata, nawet nasz. Poczynają sobie przy tym wyjątkowo perfidnie. W 1968 r dwóch zaprzyjaźnionych kalifornijskich przemysłowców było świadkami lądowania UFO. Oznajmili potem zgodnie, że ubrani w skafandry pasażerowie dziwnego pojazdu porozumiewali się ze sobą najczystszą niemczyzną... Reakcja rządu była natychmiastowa. Obydwaj mężczyźni zostali zatrzymani i chociaż badania lekarskie potwierdzały, że ich zdrowie psychiczne nie budzi żadnych zastrzeżeń, zostali na wiele lat umieszczeni w szpitalu psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze. Kiedy stamtąd wyszli, byli już tylko wrakami ludzi. Jeszcze bardziej tajemnicza jest powzięta przez Niemców w 1938 r. wyprawa na Antarktydę pod dowództwem kapitana Ritshera. Do dziś wiadomo jedynie, że misja miała charakter militarny. Ale nie tylko. Czego Niemcy szukali na tych niedostępnych terenach? Tuż przed zakończeniem wojny admirał Donitz wysłał lakoniczny rozkaz do stacjonujących u wybrzeży Antarktydy okrętów podwodnych: "Zostać i kontynuować misję". Rozkaz nie był zaszyfrowany, a jednak do dziś nie wiadomo, o jaką misję chodziło. A co ciekawsze, wszystko wskazuje na to, że ta tajemnicza misja nigdy nie została zakończona i że trwa nadal.
Baza na Antarktydzie
W 1947 r. wysłano w ten rejon kilka okrętów Marynarki Wojennej USA. Czytając dziennik pokładowy admirała Byrda, można odnieść wrażenie, że począwszy od zapisków opatrzonych datą przybycia na miejsce, dziennik zaczyna przypominać powieść science-fiction. Przede wszystkim, Amerykanie zauważyli kilka jednostek podwodnych, z którymi nie zdołano nawiązać żadnego kontaktu radiowego. Podczas prób zbliżenia znikały w niewytłumaczalny sposób. Wysłane na ich poszukiwania małe łodzie podwodne nigdy nie powróciły. Grupa żołnierzy mających za zadanie spenetrowanie odcinka lądu, gdzie zauważono startujące UFO, także przepadła jak kamień w wodę. Odebrano tylko urwany w pół słowa meldunek o dziwnych tunelach w lodzie i zapadła cisza. Admirał Byrd stracił około 100 żołnierzy i ku jego zdziwieniu dowództwo w Stanach nakazało mu przerwać misję i natychmiast opuścić niebezpieczny teren. Los zaginionych w wodzie i na lądzie marynarzy do dzisiaj nie jest znany. Pytanie, czy Niemcy mają tajemniczą bazę na Antarktydzie i czy podczas II wojny światowej wysłali rakietę (z załogą?) na Księżyc, pozostaje bez odpowiedzi. Jedno wiadomo na pewno. To nie Niemcy wymyślili i zbudowali pierwsze UFO. Wzmianki o dziwnych obiektach latających można znaleźć już w Biblii. Zagadka niezidentyfikowanych obiektów latających i tajemniczej bazy w lodach Antarktydy ciągle czeka na rozwiązanie Pierwsze prace nad latającym talerzem rozpoczęto na początku lat dwudziestych w Augsburgu (Niemcy). W 1934 roku powstał statek o średnicy 5 metrów. Jego cechą było to, że podczas lotu jego powierzchnia emitowała poświatę podobną do obserwowanych pojazdów UFO. Rozpoczęto również pracę nad bojowymi wersjami tego statku, który został uzbrojony w działka 30mm i karabiny maszynowe. Odlot statku odbył się zimą 1942r. Kluczowym urządzeniem, stanowiącym serceniezwykłego pojazdu był "dzwon" ("die glocke"), który wchodził w skład zespołu napędowego. Z materiałów wynika, że miał on być drobną, choć bardzo ważną częścią większego systemu napędowego. Główną część "dzwonu" stanowił umieszczony w obudowie wirnik, składający się z wału i dwóch dysków wypełnionych rtęcią, która w trakcie pracy była schładzana poniżej temperatury krzepnięcia. Dzwon był to cylinder umieszczony w trakcie pracy pionowo, górna część posiadała zaokrąglenie w kształcie kopuły, zaś dolna stanowiła okrągłą podstawę. Obudowa wykonana była z materiału dielektrycznego. Wysokość 2-2,5 metra. średnica 1,5 - 1,8 metra. Przeciw bieżnie wirujące masy. Główną część ,,dzwonu" stanowił umieszczony w obudowie wirnik (współosiowo) składający się z wału, dwóch dysków wypełnionych rtęcią, która w trakcie pracy schładzana była poniżej temperatury krzepnięcia. Dyski wirowały przeciw bieżnie z bardzo dużą prędkością. "dzwon" był zasilany energią elektryczną dużej mocy i charakteryzował się pracą ciągłą. W trakcie pracy "dzwon" emitował silne promieniowanie, które miało negatywny wpływ na organizmy żywe, powodowało odbarwianie materiałów, koagulacje próbek krwi. Po pewnym czasie utajnionym (rzędu jednego tygodnia) w czasie którego badane organizmy żyły, następował gwałtowny rozkład do postaci mazistej bez zapachu typowego dla gnicia. Przed każdą próbą uruchomienia "dzwonu" w jego wnętrzu umieszczano coś w rodzaju podłużnego, ceramicznego pojemnika o ściankach osłoniętych warstwą ołowiu o grubości 3cm. Pojemnik wypełniony był dziwną, złocistą substancją o odcieniu fioletowym. Co to było nie mogą ustalić historycy do dziś, wiadomo jednak że substancja ta miała konsystencję lekko ściętej galarety. Tajemnicza substancj nosiła kryptonim IRR XERUM 525 lub IRR SERUM 525. W jaki sposób hitlerowscy naukowcy zdobyli tak zaskakującą technologię? Na to pytanie niestety, nie znaleziono odpowiedzi.
Z czasem budową latających talerzy z niesamowitym napędem zajęła się wojskowa placówka SS "Entwicklungsstelle IV". W lecie 1939r rozpoczęto test pierwszego obiektu , o średnicy ok. 25 metrów któremu nadano kryptonim "Haunebu I". Testy wypadły pomyślnie i natychmiast przystąpiono do badań nad modelem "Haunebu II". Pojazd unosił się swobodnie w powietrzu i mógł rozwinąć prędkość do ok. 6000 km/h. Podczas ostatnich miesięcy wojny powstał tylko jeden prototyp "Haunebu", który wykonał 19 lotów próbnych. Mieścił na swym pokładzie 32 ludzi. Głównymi konstruktorami "latających dysków Fuehrera", był zespół konstruktorów: Habermohl, Schriver, Mithe i Bellonzo. Mithe swoje laboratorium miał we Wrocławiu. Skonstruował tam dysk o średnicy 42 metrów z dyszami na obwodzie. Pisał również o próbnym locie dysku, który miał miejsce nad Bałtykiem. Schriver i Hambermohl, pracujący w Pradze, skonstruowali podobny obiekt, który odbył lot 14 lutego 1945r i osiągną w ciągu 3 minut pułap 12400 metrów. Według danych amerykańskich Włoch Bellonzo skonstruował natomiast dwie wersje latających spodków o średnicy 38m i 68m. 19 lutego 1945r Bellonzo wykonał lot eksperymentalny. Osiągnął pułap 15000 metrów przy prędkości 2200 km/h. Przy nabieraniu dużej prędkości ulegał zmianie kształt kabiny. Innym konstruktorem dysków był Viktor Schauberger. Jego napęd opierał się na bezdymnym, bezpłomiennym silniku wybuchowym. Silnik dla swego działania potrzebował jedynie wody. W zamian dawał ciepło, światło i ruch. Dysk na obwodzie posiadał 12 silników odrzutowych, które chłodziły główny silnik lewitacyjny. Po wojnie Schauberger przedostał się do USA. Amerykańscy wojskowi zaproponowali mu 3 mln. dolarów w zamian za zdradzenie tajemnicy silnika wybuchowego, lecz oferta została odrzucona. Po wkroczeniu wojsk radzieckich w ścisłej tajemnicy zdemontowano niezwykłe niemieckie urządzenia i wywieziono je na Syberię. Podobno Rosjanom udało wznowić budowę dysków. Mieli do dyspozycji nie tylko prototypy urządzeń, ale i naukowców Schriver, Mithe i Habermohla. Po kilku latach udało im się uciec i przedostać się do USA. Tam jednak również nie dane im było ujawnienie swoich badań. Stali się bowiem najlepiej strzeżonymi przez CIA (ang. Central Inteligence Agensy, pol. Centralna Agencja Wywiadowcza) osobami, a wszystkie ich zeznania objęto ścisłą tajemnicą. Mimo dokumentów potwierdzających prace nad latającymi dyskami, do dziś nie udało się rozwiązać kluczowej zadatki - skąd hitlerowcy znali technologię pozwalającą na budowę tego typu statków powietrznych? Dlaczego miały one kształt dysku, skąd pomysły na zaskakujące silniki. Współcześnie niemieccy ufolodzy twierdzą, że przed II wojną światową hitlerowcom udało się nawiązać kontakt z wysoko rozwiniętą cywilizacją z Układu Aldebarana. Według różnych źródeł, do takiego kontaktu miało dojść w Sudetach.
W latach trzydziestych wielu tamtejszych mieszkańców widziało na niebie kule ogniste i światła. W latach 1936 - 1944 miejsce to należało do Ewy Braun, kochanki Hitlera. Czy jednak rzeczywiście udało im się nawiązać kontakt z obcą cywilizacją i przejąć część wiedzy? Czy też może niemieccy konstruktorzy okazali się na tyle zdolni, że błyskawicznie wymyśli kilkanaście nowych rozwiązań technologicznych i opracowali plany latającego dysku? Obie hipotezy brzmią równie fantastycznie. Niemcy dysponowały pod koniec II wojny światowej wieloma zaawansowanymi technicznie broniami: mieli prototyp "inteligentnej" bomby sterowanej za pomocą obrazów telewizyjnych, testowali też niewykrywalne przez radary myśliwce typu "latające skrzydło". Ale plany, dokumenty i relacje naocznych świadków, które wciąż jeszcze wychodzą na jaw, mówią o tym, że poza znanymi dzisiaj wszystkim V1 i V2, Niemcy ukrywali coś jeszcze. Coś wyjątkowego, co wykracza także poza dzisiejszą technikę. Mieli samoloty typu V7, czyli... latające talerze ! Były major armii niemieckiej, Rudolf Lusar, napisał w latach 50. książkę, w której mówi o co najmniej dwóch konstrukcjach latających dysków. Według niego, prototyp jednego z nich osiagał prędkość 2000 km/h, a napęd stanowiły turbiny gazowe. Jednak takie rozwiązanie jest niczym, jeśli porównamy go z napędem antygrawitacyjnym ( wykorzystującym własne pole siłowe, działające przeciwnie niż przyciąganie ziemskie ). A kto zaczął o takim napędzie mówić ?
Kapitan Edward J. Ruppelt, kierujący oficjalnym amerykańskim projektem BŁĘKITNA KSIĘGA, napisał w swoim raporcie, że Niemcy dysponowały w czasie wojny maszynami o możliwościach, które można by porównać tylko do osiągów UFO. Dokumenty, do których miał dostęp, dzisiaj są już szeroko znane. Na niemieckich planach z czasów wojny widać dyskokształtne obiekty przedstawiające "latające talerze" w przekroju. Część z nich ma napęd konwencjonalny, ale na niektórych widnieją iście rewolucyjne schematy napędów antygrawitacyjnych ! Jedne z nich opierają się na zasadzie dwóch wirujących przeciwnie dysków, działanie innych nawet dzisiaj nie jest dla inżynierów i uczonych jasne. Kryptonim V7 pojawia się w raporcie Richarda Miethego, naukowca, związanego z pracami nad pojazdem. Miethe wspomina o próbnym locie dysku w pobliżu Władysławowa. Jednak niemieckie "latające talerze" związane są silniej z drugim końcem Polski. Wiele świadectw wskazuje na niedostępny dziś, podziemny kompleks w pobliżu Książa w Górach Sowich. Miejsce prac ukryte było przed rozpoznaniem lotniczym, otoczone trzema szczelnymi pierścieniami żołnierzy SS. Z ujawnionych w ostatnim czasie planów niemieckich wynika, że baza obiektów V-7 miała zostać zbudowana głęboko pod ziemią w górach, a kompleks "Riese" był pod tym względem wyjątkowy chociaż by dlatego, że występowały tam pokłady uranu, które mogły być wykorzystywane do produkcji paliwa jądrowego dla latających dysków! Do budowy kompleksu "Riese" wykorzystano siłę roboczą z obozu Gross-Rosen. Niemcy testowali V-7 na różnych poligonach tj. W Karkonoszach (w rejonie Przełęczy Karkonoskiej), w Górach Kaczawskich (rejon Mniszkowa koło Jeleniej Góry). Badania dr. Milosa Jesensky`ego wskazują jeszcze na rejon Pragi, Hodonina, Chebu, Hontiansych, na terenie Niemiec i terenie byłej Czechosłowacji. Istniały poligony morskie V-7 w okolicach Ustki, Królewca i Władysławowa, można przytoczyć zdarzenie z NOL-em 14 lipca 1943 roku w rejonie Gdyni-Babich Dołów: Być może nie tylko opracowywano tam plany V7, ale przygotowywano również produkcję obiektów. Turyści chętnie odwiedzają podziemia znajdujące się pod zamkiem. Jednak to nie one miały służyć w czasie wojny tajnym broniom niemieckim. O znaczeniu innych podziemnych kompleksów Książa świadczą dzisiaj kilometry dróg i kabli elektrycznych. Żyją jeszcze ludzie, którzy są w stanie wskazać wejścia do tajnych hal, które po wojnie, w 1947 roku Polacy wysadzili w powietrze. Na pewno jednak zasypane pomieszczenia nie ukrywają latających spodków. Są tylko świadectwem, że tam właśnie mogły być konstruowane dyski - owa "cudowna broń Hitlera". Ale co stało się z nimi potem, po wojnie ? Obiekty o kształtach identycznych z tymi, które były na planach niemieckich, obserwowano później po wojnie w USA, Anglii i przede wszystkim w Argentynie. Powojenne przypadki z Ameryki Południowej najwyraźniej miały jeszcze napęd konwencjonalny, który okazał się niewypałem. Spodki dymiły jak smoki, a przy tym robiły mnóstwo hałasu. Ale wkrótce pojawiły się też doniesienia o bezszelestnych dyskach, zachowujących się jak "rasowe UFO", których załogę stanowili wysocy blondyni... Takie przypadki notowane są nadal. Ufolodzy wyodrębniają nawet oddzielny typ "ludzkich" załogantów latających spodków, zwany NORDYKAMI. Dla kogo pracują Nordycy, jakie państwa przejęły latającą spuściznę hitlerowskich Niemiec ? Można snuć na ten temat jedynie domysły. Organizowano ekspedycje naukowe w rejony Bliskiego Wschodu, Tybetu, Ameryki Południowej. Nie można wykluczyć, że ekspedycje naukowe dotarły do zawartych w sanskryckich pismach opisów maszyn latających. Inna z hipotez mówi o katastrofie w 1937 lub 1938 roku koło Czernicy. Miał to być obiekt typu kulistego który po przelocie nad Czernicą spadł na teren pobliskiego majątku krewnych Ewy Braun. Wkrótce z garnizonu jeleniogórskiego sciągnięto oddziały SS, które otoczyły teren katastrofy i zabezpieczyły przewiezienie obiektu do Jelenie Góry. świadkowie mieli zostać zmuszeni do milczenia.
W celu zbadania wraku sprowadzono w krótkim czasie trzech fizyków jądrowych. Jednym z najbardziej tajnych projektów III Rzeszy były latające talerze określone symbolem V-7 które Hitler nazwał prawdopodobnie "cudowną bronią". Pierwsze prace nad latającym talerzem rozpoczęto na początku lat dwudziestych w Augsburgu (Niemcy). Był to statek oznaczony symbolem Vril-1. W 1934 roku powstał statek o średnicy 5 metrów, który uniósł się w powietrze i nazywał się Vril-2. Cechą charakterystyczną było to, że podczas lotu jego powierzchnia emitowała poświatę podobną do obserwowanych pojazdów UFO. Rozpoczęto również pracę nad wersjami bojowymi statku Vril - 1, który był uzbrojony w działka 30 mm i karabiny maszynowe. Oblot tego statku odbył się w zimie 1942 roku.. Z czasem badaniami i budową latających talerzy zajęła się wojskowa placówka SS - Entwicklungsstelle -IV. W lecie 1939 roku rozpoczęto testy pierwszego obiektu Haunebu - I o średnicy ok. 25 metrów. Haunebu - II był modelem bardziej udoskonalonym o średnicy ok. 30 metrów, posiadał cztery generatory elektro-grawitacyjne - jeden duży umieszczony centralnie, a trzy mniejsze stabilizujące i mógł rozwinąć prędkość dochodzącą do 6000 km/h. Plan jednej z wersji statku ,,Haunebu" Rekonstrukcja na podstawie zachowanych planów statku Haunebu 3. Podczas ostatnich miesięcy wojny powstał tylko jeden jego prototyp, który wykonał 19 lotów próbnych. Mieścił 32 ludzi na swym pokładzie, rozwijał prędkość ok. 10 Macha. Napęd tego statku składał się prawdopodobnie według naszych przypuszczeń z generatorów elektrograwitacyjnych. V-7 "Haunebu" wersje 1 do 9. Były to latające dyski z dużym payloadem, prędkością i manewrowością, w dodatku niewidzialne dla radarów - czyli, można powiedzieć: UFO w służbie Hitlera. Zrekonstruowany rysunek przez autorów tej strony na podstawie oryginalnego planu technicznego tego obiektu. Prawdopodobnie jest to dysk V-8 bardzo rozwiniętej konstrukcji z lepszymi właściwościami. Czyżby prawdziwym było domniemanie, że Niemcy zbudowali różne typy tych dyskoplanów, w tym typy przystosowane do lotów kosmicznych - jak twierdzą niektóre źródła? Urządzeniem zasilającym dla wszystkich statków Haunebu był zestaw połączonych silnych elektromagnesów generatora Van de Graafa i rodzaj sferycznego dynama Marconiego zawierającego kulę wirującej rtęci. Urządzenie wytwarzało pole elektro-grawitacyjne i zostało nazwane "Tachyonatorem Thule". Nad wynalazkiem tym pracował Hans Coler oraz von Franz Haid z zakładów Siemens - Schucker oraz labolatorium AEG Telefunken. W dawnych zakładach Zeppelina prowadzono prace nad budową cygarowatej stacji kosmicznej ,,Andromeda" o dł. 105 metrów, którą rzekomo zbudowano w roku 1943r. Do dziś zachował się jeden z takich planów. Plan obiektu napędzanego przez dwa przeciwbieżnie obracające się dyski. Dyski zawieszone były w polu magnetycznym, na dole znajdował się dzwon a u góry kabina dla dwóch pilotów. Obiekt z dyskami o różnej średnicy, dzwonem umieszczonym centralnie i trzema generatorami stabilizującymi na dolnej części. Przez środek obiektu przechodzi centralny rdzeń, którego celem było przenikanie grawitacyjne i ukierunkowanie pola generowanego przez dzwon i dyski
Ziemskie projekty UFO
Ziemscy konstruktorzy statków powietrznych od zawsze myśleli o zbudowaniu talerzopo-dobnego samolotu, fachowo zwanego samolotem z płatem talerzowym. Próby te datować można już od projektów maszyn latających Leoanardo da Vinci. Trudno jest przecenić zalety takiego samolotu. Konstrukcja jego w stosunku do samolotów z płatami klasycznymi jest bardziej zwarta i prosta, dzięki czemu w poważnym stopniu zmniejsza możliwość awarii. Okrągły kształt płatu zapewnia możliwie najbardziej ekonomiczne wykorzystanie jego powierzchni. Budowa takiego samolotu nie preferuje już w samej konstrukcji żadnej strony samolotu (przy centralnej budowie kabiny pilota i rozmieszczeniu w płacie lub pod płatem odśrodkowo biegnących dysz, samolot taki może pionowo startować i lądować, w powietrzu zaś lecieć równie dobrze w przód, w tył lub bokiem). Taki sposób budowy i latania wyklucza potrzebę sterów i stateczników co z jednej strony zmniejsza jego masę, z drugiej zaś- także awaryjność. W locie postępowym cała powierzchnia samolotu wykorzystuje siłę nośną, co w dużym stopniu zwiększa stosunek udźwigu lub też zasięgu do ciężaru własnego samolotu. Wreszcie samolot taki, z reguły pionowo startujący i lądujący - nie potrzebuje ani skomplikowanego podwozia, ani lotnisk z pasami startowymi. Dzięki tym wszystkim zaletom samolot taki stał się trudnym do realizacji ideałem. Pierwsze próby budowy takiego zamolotu podjęto już w r. 1909 W 1955 r. pojawił się francuski jednomiejscowy latający spodek RC zbudowany przez R. Couzieneta. Miał wymiary identyczne jak spodek kanadyjski. Unosił się ku górze dzięki dwu tarczom z 48 metalowymi skrzydełkami wirującymi na obwodzie dysku w przeciwnych kierunkach. Po osiągnięciu odpowiedniej wysokości włączany był znajdujący się pod kadłubem silnik turboodrzutowy, któy umożiwiał ruch poziomy. W r. 1958, przy współpracy Wielkiej Brytanii i RFN powstaje latający model "Omega" o średnicy 2 m. i wysokości 44 cm. Napęd oparty był na przykładzie francuskiego RC. W r. 1960 pojawiają się już równoległe dwie konstrukcje dyskoidalne: brytyjski jednomiejscowy statek załogowy do powrotu z orbity okołoziemskiej, zaprojektowany w zakładach Armstrong-Whitworth i stąd noszący nazwę AW i amerykański, również jednomiejscowy, poduszkowiec X-3B "Flying Saucer". Projekt brytyjski został zawieszony z powodu niepowodzeń w realizacji własnego programu kosmicznego. X-3B zbudowany na Uniwersytecie Princeton (zgodnie z założeniem) osiągał maksymalną wysokość 1,22 metra. Od tego czasu prototypy dyskoidalnych pojazdów latających powstają jak grzyby po deszczu.Oto ważniejsze z nich: W 1968 r. powstają dwa dyskoidalne poduszkowce produkcji radzieckiej o nazwach CHAI oraz UAI "Skat" ("Płaszczka"). W 1972 r. opatentowany został w Australii samolot dyskoidalny o bardzo oryginalnym rozwiązaniu konstrukcyjnym- - wirujący nad dyskiem pierścień szczelinowy wytwarza sferę z obniżonym ciśnieniem, która w pewnym sensie "wsysa" samolot ku górze). W r. 1980 opatentowany został przez konstruktora włoskiego Alfredo Bizarriego z Florencji, zaopatrzony w typowy dla samolotów statecznik latający dysk (unoszący się w powietrze dzięki całej serii silników zasysających powietrze sponad dysku i tłoczących je pod dysk). Od tego czasu jest dosyć cicho w sprawie dyskoidalnych pojazdów latających.
__________________________________
Jak teraz będzie nazywał się Biały Dom?
-BARAK Obamy! :D:D:D
____________________________
Ile Barrack ma jaj? OBA MA! :D:D:D
Jak teraz będzie nazywał się Biały Dom?
-BARAK Obamy! :D:D:D
____________________________
Ile Barrack ma jaj? OBA MA! :D:D:D
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
Ludzie lubią komplikować proste sprawy :P Na odrzutowe Me-262 też krzyczano, że to UFO, bo jak niby samolot może latać bez śmigieł?
A pradwa okazała sie taka banalna... Niemcy skonstruowali w końcu myśliwca odrzutowego i zaczęli seryjną produkcję. Tak samo V-1, V-2, V-3 i V-miliard.
A Vrile to faktycznie jeden z bardziej tajemniczych epizodów, ale zapewne, jak nas uczy historia, okaże się całkiem prosty. Osobiście nie jestem takim super specjalistą, bym mógł tu powiedzieć coś konretnego... ale nigdy nie uwierzę w Nazioli na księżycu ani bazy anarktyczne :P
http://haunebu.hotnews.pl/
http://www.ufocasebook.com/naziufos.html
A pradwa okazała sie taka banalna... Niemcy skonstruowali w końcu myśliwca odrzutowego i zaczęli seryjną produkcję. Tak samo V-1, V-2, V-3 i V-miliard.
A Vrile to faktycznie jeden z bardziej tajemniczych epizodów, ale zapewne, jak nas uczy historia, okaże się całkiem prosty. Osobiście nie jestem takim super specjalistą, bym mógł tu powiedzieć coś konretnego... ale nigdy nie uwierzę w Nazioli na księżycu ani bazy anarktyczne :P
http://haunebu.hotnews.pl/
http://www.ufocasebook.com/naziufos.html
- SlaviaConsesiao
- Pierwszy sierżant
- Posty: 383
- Rejestracja: 2008-11-10, 13:19
- Nick w ET: ETPlayer
- Lokalizacja: Sadów
- Kontakt:
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
Korzystając z okazji, przypomnę ten temat.
Okazją jest artykuł w "Focus Historia" próbujący wyjaśnić zgaadkę latajacych spodków. Generalnie uważam Focusa za takie Discvovery na papierze - dużo sensacji, mało faktów... i sprawdziła się i tym razem. Przy niemalże każdej konkretnej infomacji jest przysłówek "prawdopobnie" albo "być może"... sorry, ale tak to i ja mogę napisać artykuł o tym, że "Kopernik być może była kobietą".
No dobra, ale wróćmy do latających spodków.
Temat jest ciekawy, bo gdyby takie spodki okazały się faktem, nasza wiedza o technologii 3 Rzeszy zostałaby wzbogacona o niesamowity epizod.
Jednak schody wyglądają tak:
-Nie ma wiarygodnych relacji świadków użycia takich pojazdów. Niby Focus powłuje się na zeznania dwóch ruskich generałów, ale nie podaje ani ich nazwisk, a ponadto piszą, że spodki zaobserbowano w czasie bitwy Kurskiej. Bitwa Kurska to lipiec 1943... a pozostałe poszlaki pochodzą z 1944 i 1945 roku! Użycie tak zaawansowanej technologii w czasie bitwy na peryferiach Eurpy (daleko od wszelkich centrów badawczych) i tak wcześnie to dla mnie nieprawdopodobne. Ponadto wtedy na pewno świadków byłoby dużo więcej.
-Brak dokumentów (o czym wspomina i Focus). Tu jest porblem, ponieważ duża część dokumentacji zostala zniszczona, zarówno w czasie ewakuacji, jak i podzcas zwykłych działań wojennych. Jednak myślę, że gdyby Niemcy odnieśli sukces, to coś by ocalało...
-Kilka zdjęć. Te kilka zdjęć prezentowanych w artykule ciężko zweryfikować,c zy są prawdziwe. Nie mam tu na myśli, że Focus coś fałszuje, ale może to być propaganda III Rzeszy czy innego państwa. Wszak fotomontaż był masowo używany w czasie II wojny i nie tylko.
-I wreszcie... III Rzesza była pod koniec wojny wykończona ekonomicznie. Ciężko byłoby jej podołać takiemu przedwsięwzięciu.
Okazją jest artykuł w "Focus Historia" próbujący wyjaśnić zgaadkę latajacych spodków. Generalnie uważam Focusa za takie Discvovery na papierze - dużo sensacji, mało faktów... i sprawdziła się i tym razem. Przy niemalże każdej konkretnej infomacji jest przysłówek "prawdopobnie" albo "być może"... sorry, ale tak to i ja mogę napisać artykuł o tym, że "Kopernik być może była kobietą".
No dobra, ale wróćmy do latających spodków.
Temat jest ciekawy, bo gdyby takie spodki okazały się faktem, nasza wiedza o technologii 3 Rzeszy zostałaby wzbogacona o niesamowity epizod.
Jednak schody wyglądają tak:
-Nie ma wiarygodnych relacji świadków użycia takich pojazdów. Niby Focus powłuje się na zeznania dwóch ruskich generałów, ale nie podaje ani ich nazwisk, a ponadto piszą, że spodki zaobserbowano w czasie bitwy Kurskiej. Bitwa Kurska to lipiec 1943... a pozostałe poszlaki pochodzą z 1944 i 1945 roku! Użycie tak zaawansowanej technologii w czasie bitwy na peryferiach Eurpy (daleko od wszelkich centrów badawczych) i tak wcześnie to dla mnie nieprawdopodobne. Ponadto wtedy na pewno świadków byłoby dużo więcej.
-Brak dokumentów (o czym wspomina i Focus). Tu jest porblem, ponieważ duża część dokumentacji zostala zniszczona, zarówno w czasie ewakuacji, jak i podzcas zwykłych działań wojennych. Jednak myślę, że gdyby Niemcy odnieśli sukces, to coś by ocalało...
-Kilka zdjęć. Te kilka zdjęć prezentowanych w artykule ciężko zweryfikować,c zy są prawdziwe. Nie mam tu na myśli, że Focus coś fałszuje, ale może to być propaganda III Rzeszy czy innego państwa. Wszak fotomontaż był masowo używany w czasie II wojny i nie tylko.
-I wreszcie... III Rzesza była pod koniec wojny wykończona ekonomicznie. Ciężko byłoby jej podołać takiemu przedwsięwzięciu.
- ^|*?**/Adi*/-**
- Pułkownik
- Posty: 1442
- Rejestracja: 2009-02-12, 22:26
- Nick w ET: ^|*?**/Adi*/-**
- Lokalizacja: Olsztyn
- Kontakt:
Tak jakby się komuś nudziło, to może obejrzeć: http://iitv.info/wielkie-tajemnice-ii-w ... tlera.html
-
- Poborowy
- Posty: 9
- Rejestracja: 2011-09-04, 20:39
Re: Prawdziwe badania hitlerowców -Tajna broń Hitlera
Akurat jest wiele przesłanek, jakoby baza na Antarktydzie istniała. I niebyłoby w tym nic dziwnego. Niemcy mieli rozsiane dziesiątki baz zaopatrzeniowych dla U-bootów na całym świecie. Od bieguna północnego po południowe wybrzeża Argentyny. Pytaniem jest, czy mogło być to coś większego, o większym znaczeniu. Ale niestety odpowiedzi chyba na to już nie otrzymamy...
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
Re: Prawdziwe badania hitlerowców -Tajna broń Hitlera
Co innego baza zaopatrzeniowa, jaką widzieliśmy chociażby w filmie "Das Boot", gdzie U-96 zaopatrywał się po kryjomu w Hiszpanii, a co innego cały kompleks na bezludnej ziemi. Utzrymanie czegoś takiego w warunkach antarktycznych to ogromny wysiłek i pieniądze. Amerykanie długo szukali śladów chociażby, wydali na poszukiwania kupę forsy i nic nie znaleźli... dlatego uważam ten mit za obalony.
-
- Poborowy
- Posty: 9
- Rejestracja: 2011-09-04, 20:39
Re: Prawdziwe badania hitlerowców -Tajna broń Hitlera
Zapewne chodzi Ci o operację "High jump" w 1946-47. Pośpiesznie zoorganizowana ekspedycja o charakterze wojskowym Antarkdydę. Jej dowódcą był admirał Byrd, doświadczony w warunkach arktycznych. Oficjalnie Amerykanie sprawdzali siłe uderzeniowe w warunkach arktycznych (jaki to ma sens na drugim końcu świata zamiast np. na Alasce?) Na podstawie dostępnych dokumentów dotyczących operacji od razu widać, że operacja miała charakter poszukiwawczy. Badano wybrzeża nie zapuszczając się w głąb lądu. Czego się spodziewali Amerykanie? Chyba oboje się zgodzimy, że szukali rzekomej niemieckiej bazy.
26 grudnia 1946 (krótko po dotarciu Amerykanów na Antarktydę) Brytyjczycy oficjalnie oświadczyli, że druga ekpedycja, brytyjsko-norweska i ma za zadanie wsparcie Amerykanów jeśli zajdzie taka potrzeba(??). Toczono tam bitwę, skoro największej wojskowej wyprawie arktycznej jest oferowane wsparcie? Formalnie operacja zakończyła się w 3 marca w wyniku straty 75% stanu samolotów rozpoznawczych wraz z załogami i kilku oddziałów amfibijnych. Spore straty nawet jak na warunki arktyczne. Admirał Byrd jakiś czas po zakończeniu operacji trafił do zamkniętego zakładu psyhiatrycznego. Twierdził wcześniej w rozmowie z dziennikarzami, że USA grozi III wojna światowa, a wróg jest na Antarktydzie.
Tylko dokumenty o oficjalnych zamiarach operacji ujrzały światło dzienne. Większość jest nadal utajniona, wraz z tymi dokumentami utajniona jest odpowiedź, czy Amerykanie coś znaleźli. Z tego co mi wiadomo nowa porcja dokumentów zostanie odtajniona w 2013.
Oficjalnym dorobkiem operacji stanowiło 70 tysięcy zdjęć lotniczych obszaru 25 tysięcy km kwadratowych , oraz potwierdzono naukowo istnienie tzw Oazy Bungera.
Po operacji "high jump" Amerykanie zaczęli się przygotowywać do kolejnych ekpedycji. Nowa operacja o kryptonimie "Deepfreeze" została wysłana na Antarktydę z zamiarem użycia broni jądrowej(??), dlatego też uzyskała wtedy rozgłos. Wywołała protesty państw leżących bliżej Antarktydy, aż Amerykanie wycofali się z tego zamiaru. Dowódcą tej operacji był przywrócony do łask admirał Byrd (!).
Tak więc mit obalony do końca nie jest. Odpowiedź nam da w bliższej lub dalekiej przyszłości rząd USA jeśli postanowi odtajnić swoje sekretne dokumenty na ten temat.
Przytoczę na koniec ciekawy cytat z wypowiedzi Admirała Donitza : "Niemiecka flota podwodna jest dumna ze stworzenia dla Fuhrera w innej części świata, ziemskiego raju, fortecy nie do zdobycia".
26 grudnia 1946 (krótko po dotarciu Amerykanów na Antarktydę) Brytyjczycy oficjalnie oświadczyli, że druga ekpedycja, brytyjsko-norweska i ma za zadanie wsparcie Amerykanów jeśli zajdzie taka potrzeba(??). Toczono tam bitwę, skoro największej wojskowej wyprawie arktycznej jest oferowane wsparcie? Formalnie operacja zakończyła się w 3 marca w wyniku straty 75% stanu samolotów rozpoznawczych wraz z załogami i kilku oddziałów amfibijnych. Spore straty nawet jak na warunki arktyczne. Admirał Byrd jakiś czas po zakończeniu operacji trafił do zamkniętego zakładu psyhiatrycznego. Twierdził wcześniej w rozmowie z dziennikarzami, że USA grozi III wojna światowa, a wróg jest na Antarktydzie.
Tylko dokumenty o oficjalnych zamiarach operacji ujrzały światło dzienne. Większość jest nadal utajniona, wraz z tymi dokumentami utajniona jest odpowiedź, czy Amerykanie coś znaleźli. Z tego co mi wiadomo nowa porcja dokumentów zostanie odtajniona w 2013.
Oficjalnym dorobkiem operacji stanowiło 70 tysięcy zdjęć lotniczych obszaru 25 tysięcy km kwadratowych , oraz potwierdzono naukowo istnienie tzw Oazy Bungera.
Po operacji "high jump" Amerykanie zaczęli się przygotowywać do kolejnych ekpedycji. Nowa operacja o kryptonimie "Deepfreeze" została wysłana na Antarktydę z zamiarem użycia broni jądrowej(??), dlatego też uzyskała wtedy rozgłos. Wywołała protesty państw leżących bliżej Antarktydy, aż Amerykanie wycofali się z tego zamiaru. Dowódcą tej operacji był przywrócony do łask admirał Byrd (!).
Tak więc mit obalony do końca nie jest. Odpowiedź nam da w bliższej lub dalekiej przyszłości rząd USA jeśli postanowi odtajnić swoje sekretne dokumenty na ten temat.
Przytoczę na koniec ciekawy cytat z wypowiedzi Admirała Donitza : "Niemiecka flota podwodna jest dumna ze stworzenia dla Fuhrera w innej części świata, ziemskiego raju, fortecy nie do zdobycia".
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
Re: Prawdziwe badania hitlerowców -Tajna broń Hitlera
Zgadza się. Tylko kiedy i za co Niemcy mieliby zbudować tak skomplikowaną sprawę jak baza U-Bootów? Przed wojną niemeicki przemysł dopiero się rozkręcał i całość energii produkcyjnej szła na rozwój typowej zbrojeniówki. Jako przykład można podać chociażby produkcję standardowego czołgu typu Panzer IV:
1937 10 sztuk
1938 100
1939 140
1940 275
1941 475
1942 1000
1943 3000
1944 3250
1945 400
Liczby około, nie chce mi się teraz szukać dokładnych danych.
Obrazuje to rozwój niemieckiej gospodarki. W latach 30 Rzesza była wykończona kryzysem i nie widzę możliwości, aby podołała takiemu zadaniu jak budowa bazy na Antarktydzie. Zresztą w jakim celu? Inwazji na USA? Przecież to nie ta strona świata, ponadto wtedy priorytem był Związek Radziecki.
Ponadto mamy idealny brak informacji wywaidowczych. Żadnych poszlak. Żadnych niejasnych tropów. Tylko to jedno zdanie Donitza, które może oznaczać wszystko (o ile jest prawdziwe) oraz te chorągiewki.
Obawiam się, że niestety to tylko jeszcze jedna piękna legenda :)
1937 10 sztuk
1938 100
1939 140
1940 275
1941 475
1942 1000
1943 3000
1944 3250
1945 400
Liczby około, nie chce mi się teraz szukać dokładnych danych.
Obrazuje to rozwój niemieckiej gospodarki. W latach 30 Rzesza była wykończona kryzysem i nie widzę możliwości, aby podołała takiemu zadaniu jak budowa bazy na Antarktydzie. Zresztą w jakim celu? Inwazji na USA? Przecież to nie ta strona świata, ponadto wtedy priorytem był Związek Radziecki.
Ponadto mamy idealny brak informacji wywaidowczych. Żadnych poszlak. Żadnych niejasnych tropów. Tylko to jedno zdanie Donitza, które może oznaczać wszystko (o ile jest prawdziwe) oraz te chorągiewki.
Obawiam się, że niestety to tylko jeszcze jedna piękna legenda :)
-
- Poborowy
- Posty: 9
- Rejestracja: 2011-09-04, 20:39
Re: Prawdziwe badania hitlerowców -Tajna broń Hitlera
Zauważ, że nazistowska ekspedycja na Antarktydę miała miejsce w 1939. Tak więc jeśli założyć, że powstała tam baza budowa musiała ruszyć na początku latach 40 kiedy Niemcy mieli ogromne możliwośći i środki. Już w 1943 (!) najwyżsi nazistowscy dygnitarze doszli do wniosku, że trzeba rozpocząć ewakuacje do zaprzyjaźnionej Argentyny. Baza na antarktydzie mogła, by więc logicznie służyć jako punkt przerzutowy. Jak wiemy ewakuacje były ogromnym przedsięwzięciem. Dzięki ewakuowanemu sprzętowi, kosztownościom i ludziom powtało niemal w Argentynie państwo w państwie. Wracając do sensu istnienia bazy. Antarktyda była jedynym kontynentem, którym żadne mocarstwo sie nie interesowało, nie funkcjonował tam żaden wywiad itp. Idealne miejsce do ocalenia i przetrwania nazistowskiej ideologii. Później rzeczywiście takim miejscem okazała się Argentyna. Informacji o tej domniemanej bazie na Antarktydzie jest malutko, ale przecież kto takie informacje po Niemcach przejął? Amerykanie, Brytyjczycy, Sowieci. Pozatajali wszystko i do widzenia. Też jestem sceptyczny co do istnienia wielkiej podziemnej bazy, ale za mało jest informacji zarówno za jak i przeciw. A wydarzenia powojenne zamiast odpowiedzi dodają nam dziesiątki nowych pytań.
A co do wypowiedzi Donitza, to jest ona prawdziwa. Z tego co pamiętam zawarł to w przemówieniu do kadetów w 1943. Mogło Ci się to zdanie wydać wątpliwe, bo w wersji przerobionej pojawia się wśród internetowych stron wiadomego typu. Zamiast słowo "forteca" pada często słowo "shangri la". Shangri la to nazwa mitycznej krainy, ale Niemcy używali słowa Szambala. Ta kraina było obcesją Deutche Ahnenerbe przed i w czasie wojny. Jednak Donitz nie użył takich słów, zapewne ktoś powiązał błędnie Antarktydę i Deutche Ahnenerbe.
A co do wypowiedzi Donitza, to jest ona prawdziwa. Z tego co pamiętam zawarł to w przemówieniu do kadetów w 1943. Mogło Ci się to zdanie wydać wątpliwe, bo w wersji przerobionej pojawia się wśród internetowych stron wiadomego typu. Zamiast słowo "forteca" pada często słowo "shangri la". Shangri la to nazwa mitycznej krainy, ale Niemcy używali słowa Szambala. Ta kraina było obcesją Deutche Ahnenerbe przed i w czasie wojny. Jednak Donitz nie użył takich słów, zapewne ktoś powiązał błędnie Antarktydę i Deutche Ahnenerbe.
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt:
Re: Prawdziwe badania hitlerowców -Tajna broń Hitlera
Ogromne środki są kwestią względną, ponieważ te środki był bardzo potrzebne w bitwie o Atlantyk, w Bitwie o Anglię oraz w szykowanej agresji na ZSRR. Szczytowy okres możliwości producyjnych, to była połowa 1944 roku, kiedy ocean atlantycki był już raczej pod panowaniem Aliantów Zachodnich i poza U-Bootami raczej mało co mogło niezauważenie pływać. Zresztą wcześniej nie było wiele lepiej i Niemcy również mieli duże problemy z utrzymaniem kontroli. Nawet w szczytowym okresie działalności Kriegsmarine (1941-42) nie dałoby się niezauważenie transportować ludzi i środków na linii Francja - Antarktyda... co byłoby potrzebne do założenia bazy. A nigdy tak nie jest, że wywiad zataja 100% informacji o działaności przeciwnika, coś tam się przedostaje, wymyka, coś wyciągnie kontrwywiad, a coś trzeba dać do prasy.
Antarktyda to nie takie idealne meisjce z prostego faktu, że jest pioruńsko zimno xD I przy dzisiejszej zaawansowanej technologii niełatwo utrzymywać bazy polarne.
Dlatego myślę, że oni po prostu nie daliby rady. Może próbowali, może wysyłali tam U-Booty badawcze.
Ale... zarzucili ten projekt tak samo jak Brytyjczycy zarzucili budowę lotniskowca z lodu.
BTW: bardzo fajnie się z Tobą dyskutuje :D
Antarktyda to nie takie idealne meisjce z prostego faktu, że jest pioruńsko zimno xD I przy dzisiejszej zaawansowanej technologii niełatwo utrzymywać bazy polarne.
Dlatego myślę, że oni po prostu nie daliby rady. Może próbowali, może wysyłali tam U-Booty badawcze.
Ale... zarzucili ten projekt tak samo jak Brytyjczycy zarzucili budowę lotniskowca z lodu.
BTW: bardzo fajnie się z Tobą dyskutuje :D
-
- Poborowy
- Posty: 9
- Rejestracja: 2011-09-04, 20:39
Re: Prawdziwe badania hitlerowców -Tajna broń Hitlera
Przytaczasz bardzo dobry argument. Pierwsza opcja, czyli realizacja wysłania surowców i materiałów budowlanych z Europy za pomocą frachtowców byłaby niemożliwa do zrealizowania w całkowitej tajemnicy. Rejs takich okrętów w tamtym czasie trwałby około 6 tygodni. Nie pozostało, by to niezauważone przez aliantów. I możliwe byłoby tylko w pierwszych latach wojny na niedużą skalę. Druga opcja to transport ludzi i budulca, za pomocą U-bootów. Ale to było możliwe w pierwszych latach wojny tylko w malutkiej skali, jako że każdy U-boot liczył się wtedy w wojnie morskiej, której celem było "rzucenie Anglii na kolana". Zauważ, że w latach 44-45 miała już miejsce niemal masowa ewakuacja sprzętu, kosztowności, ludzi itd. za pomocą U-bootów do Argentyny. I spora ich dotarła na miejsce. Nawet w maju 45 udało się kilku jednostkom wypłynąć z Niemiec do powyższego kraju. Tak czy siak w tym okresie budowa wielkiej bazy nie miałaby sensu, raczej skupiono się na ewakuacji do gotowych przyczółków.
Ale jest też trzecia opcja. Argentyna, nieoficjalny sojusznik Hitlera niezaangażowany militarnie w wojnę mogła dostarczyć budulec, ludzi i ochronę. Ten sposób był tańszy i szybszy, a dystans był niemal dziesięciokrotnie mniejszy.Możliwe było wsparcie powietrzne. Taka operacja mogła by być nawet do zrealizowania w ciągu jednego sezonu! W roku 1944 Brytyjczycy przeprowadzili "Operację Tabarin". Jej powodem były doniesienia wywiadu morskiego królewskiej floty o dziwnej aktywności w rejonie Nowej Południowej Georgii niemieckich okrętów podwodnych i nawodnych jednostek należących do Argentyny. Brytyjczycy uznali, że Argentyna przeprowadza desanty na wyspach w celu ich aneksji. Ekspedycja brytyjska miała na celu pokazania Argentyńczykom, że Wielka Brytania ma zamiar utrzymać ten rejon pod panowaniem. Okazuje się, że wywiad przyjął błędną hipotezę, ponieważ czas pokazał, że Argentyna nie wysunęła żadnych żądań terytorialnych, ani w żadnym z tych miejsc nie założyła żadnej stałej placówki...Nie można zapominać też, że sygnały te musiały być bardzo konkretne dla Brytyjczyków skoro w czasie ostatecznych przygotowań do operacji "Overlord" wysłali swe siły na koniec świata.
Na argument, jaki miała sens taka baza na Antarktydzie odpowiem jeszcze, że na pierwszy rzut oka Rzesza nie potrzebowała takiego azylu, skoro posiadała duże wpływy w Argentynie i zniezliczone posiadłości ziemskie, nad którymi sprawowali niemal wyłączną kontrolę Niemcy. Niby argument słuszny, ale nie do końca. Mimo wszystko to było obce państwo penetrowane przez obce służby, a w dobie kiedy nie było jeszcze satelitów rozpoznawczych Antarktyda znajdowała się poza zasięgiem wzroku kogokolwiek...
Oczywiście to tylko hipoteza, ale mimo wszystko uważam że na kwestię tej bazy należy patrzeć " z szacunkiem", operacje "Tabarin" i "High jump" były bowiem rzeczywistościa i nie miałyby charaktery stricte wojskowego, gdyby się nie znajdował tam przeciwnik. A w latach czterdziestych przeciwnik tam mógł być tylko jeden!
Ale jest też trzecia opcja. Argentyna, nieoficjalny sojusznik Hitlera niezaangażowany militarnie w wojnę mogła dostarczyć budulec, ludzi i ochronę. Ten sposób był tańszy i szybszy, a dystans był niemal dziesięciokrotnie mniejszy.Możliwe było wsparcie powietrzne. Taka operacja mogła by być nawet do zrealizowania w ciągu jednego sezonu! W roku 1944 Brytyjczycy przeprowadzili "Operację Tabarin". Jej powodem były doniesienia wywiadu morskiego królewskiej floty o dziwnej aktywności w rejonie Nowej Południowej Georgii niemieckich okrętów podwodnych i nawodnych jednostek należących do Argentyny. Brytyjczycy uznali, że Argentyna przeprowadza desanty na wyspach w celu ich aneksji. Ekspedycja brytyjska miała na celu pokazania Argentyńczykom, że Wielka Brytania ma zamiar utrzymać ten rejon pod panowaniem. Okazuje się, że wywiad przyjął błędną hipotezę, ponieważ czas pokazał, że Argentyna nie wysunęła żadnych żądań terytorialnych, ani w żadnym z tych miejsc nie założyła żadnej stałej placówki...Nie można zapominać też, że sygnały te musiały być bardzo konkretne dla Brytyjczyków skoro w czasie ostatecznych przygotowań do operacji "Overlord" wysłali swe siły na koniec świata.
Na argument, jaki miała sens taka baza na Antarktydzie odpowiem jeszcze, że na pierwszy rzut oka Rzesza nie potrzebowała takiego azylu, skoro posiadała duże wpływy w Argentynie i zniezliczone posiadłości ziemskie, nad którymi sprawowali niemal wyłączną kontrolę Niemcy. Niby argument słuszny, ale nie do końca. Mimo wszystko to było obce państwo penetrowane przez obce służby, a w dobie kiedy nie było jeszcze satelitów rozpoznawczych Antarktyda znajdowała się poza zasięgiem wzroku kogokolwiek...
Oczywiście to tylko hipoteza, ale mimo wszystko uważam że na kwestię tej bazy należy patrzeć " z szacunkiem", operacje "Tabarin" i "High jump" były bowiem rzeczywistościa i nie miałyby charaktery stricte wojskowego, gdyby się nie znajdował tam przeciwnik. A w latach czterdziestych przeciwnik tam mógł być tylko jeden!