Bergen, fanowskie opowiadanie z zamku Wolfenstein. Nicki postaci to nicki moich teammate'ów z sieci i forum
WOLFENSTEIN.pl
Sorry za sporadyczny brak polskich ogonków, ale wydaje mi się, że wszystkie wyłapałem. jednak pisałem to na niemieckim laptopie, wiec mógł mi jakiś umknąć
BERGEN
Opowieść z zamku Wolfenstein
-Następny! – krzyknąłem i poprawiłem mankiet. Ostatnie spojrzenie na gabinet... chyba wszystko gra. Co jak co, ale jak przyjmuje się weterana wojennego, w dodatku o stopniu colonela, to wypada się dobrze zaprezentować.
Wszedł niewysoki starszy pan w eleganckim garniturze. Widać, że to człowiek z innych czasów... kto dziś przychodzi w garniaku do lekarza?
-Witam, panie pułkowniku. Proszę tutaj się położyć.
-Dziękuję. Panie doktorze – wyciągnął się na kozetce i przymknął oczy. Jego pomarszczona twarz przypominała teraz oblicza śpiących królów z krypt zamkowych – nie lubię chodzić po lekarzach. Proszę o wybaczenia za te słowa, lecz w moim mniemaniu to póki jakikolwiek z nich nie zostanie medykiem polowym i trochę nie posiedzi na froncie... to nie wie co to ranny człowiek potrzebujący pomocy.
Ciekawe poglądy... - pomyślałem
-Proszę kontynuować.
-Jednak tym razem mój problem mnie przerasta. Powiem wprost o co chodzi... jak wielu moich towarzyszy broni, wojna nas prześladuje w snach. Również mnie śni się co jakiś czas jedna akcja... jednak ostatnio nie wiem skąd... z punktu widzenia Niemców, z którymi tam walczyliśmy!
Zatkało mnie... aż upuściłem długopis. Po pierwsze... on z taką lekkością mówi o problemach, z powodu których ludzie popełniają samobójstwa. A po drugie... to przecież bezsensu. Jak można widzieć wspomnienia innego człowieka?
-A czy nie wie pan... czy ten Niemiec jeszcze żyje?
-Nie, on zginął w czasie akcji. To tym bardziej zastanawiające. Ja… może opowiem najpierw moje wspomnienia... a potem jego...
#
Hanomag zaryczał i ruszył ociężale przed siebie. Silnik i pisk gąsienic były niemal tak głośne, że ogłuszały. Poprawiłem odruchowo hełm, jakby mógł mnie osłonić od hałasu.
-All ready? – spytał leutienant Vans
-Yes sir! – odkrzyknął seargeant Adios – squad OK!
-Let's go! – Vans nasunął na oczy gogle i schował się pod pancerzem transportera, a ten lekko przyśpieszył. Wszyscy pozostali również ukryli się za osłoną... pomimo że pojazd był zdobyczny, to jednak nie mięliśmy niemieckich mundurów. Głupio byłoby wzbudzić alarm już teraz.
Nasz Hanomag od standardowego różnił się zamontowanym z przodu działem kalibru 75 mm. Za jego pomocą rozwalimy bramę do bazy U-Bootów w Bergen, zniszczymy obstawę, potem wjedziemy do środka i zostaną już tylko dwa kroki do jednego z okrętów i jego wysadzenia.
Trzęsło nami jak cholera, ale i tak... to było jednym słowem fajne. Nigdy wcześniej nie jechałem czymś takim... tak samo chętnie wsiadłbym do czołgu... ale to może na innym zadaniu się uda.
-Jeszcze jakieś pół kilometra – wrzasnął kierujący Hanomagiem private Michael
-Get ready! – rozkazał Adios.
Sprawdziłem, czy wszystko mam, broń, amunicja, a także radio. Obok corpolar Gregory dokładnie obmacał swoją apteczkę, jakby upewniał się że wciąż tam jest. Private Jasiu (Polak z pochodzenia) tak samo zrobił z torbą z materiałami wybuchowymi, a private Sonny pocałował lunetkę w swojej snajperce.
Nie rozumiem... to przecież tylko broń! Karabin, bezduszny przedmiot służący do zabijana ludzi! On jednak identyfikował się z nią jak z bratem czy przynajmniej ukochanym pupilem, wiernym psem na przykład. Tak naprawdę, to wolałem nigdy nie dopytywać się szczegółów tej dziwnej więzi.
-Okej, to tutaj... – Vansowi jakby zadrżał głos. Zaraz się zacznie... wszyscy się denerwowaliśmy... ale...
ale...
ale...
…nie zdawaliśmy sprawy z niebezpieczeństwa. To nasza pierwsza misja... tylko Vans i Adios byli świadomi tego, co się zaraz stanie.
No i dlatego tak trzęsły im się ręce.
-STOP! .... burzący! Privete Sonny uważaj na snajperów! Kierowca na miejscu! Reszta wysiadać! – rozkazał Vans, patrząc na coś przez lornetkę.
Wyskoczyłem przez burtę na brukowaną drogę. Szybko schowałem się z tyłu Hanomaga i mogłem zerknąć na nasz cel...
...czyli betonowy mur przegradzający dolinę. Na jego środku, za mostem nad fiordem, znajdowała się brama z dwiema betonowymi wieżyczkami oraz bunkrem po lewej. Ponad wszystkim powiewała flaga ze swastyką.
Witamy w Bergen! Zapraszamy na romantyczny rejs okrętem podwodnym! Czekają tu na was luksusowe koszary, elegancie maszynownie i nowoczesne radiostacje! Liczymy, że wasz pobyt będzie satysfakcjonujący i odwiedzicie nas ponownie!
Jasne...
-Uwaga... cel: brama! Three, two, one... FIRE!
W tej samej chwili wydarzyło się mnóstwo rzeczy.
Huknęło, Hanomag zatrząsł się, a niemal równocześnie brama eksplodowała. Tak samo Sonny strzelił, a z krużganku do fiordu spadł jakiś człowiek.
Wydarzyło się też coś nieprzewidzianego.
Nad naszym transporterem znikąd pojawił się samolot z czarnymi krzyżami na skrzydłach. Śmignął po niebie i znikł za skałą. Vansa jakby to lekko to wyprowadziło z równowagi, gdyż stał wyprostowany w pojeździe i patrzył w miejsce, gdzie schował się samolot.
To go zgubiło.
Nagle coś błysnęło w bunkrze i poleciało ku nam. Nim zdążyliśmy choćby mrugnąć, w Hanomaga coś walnęło... fala uderzeniowa rzuciła nas na drogę, a kurz oślepił. Po chwili ktoś zaczął wrzeszczeć:
-MEEEEDIIIIIC!
-Michael! – krzyknął otumaniony Gregory i już chciał rzucić się ratować kumpla, kiedy przez burtę wypadł Vans i legł nieruchomo na bruku. Patrzyliśmy na niego, a on kaszlnął krwią, otworzył oczy i krzyknął przerażająco:
-STUKAAAS! TAKE COVER!
Teraz włączył się wyszkolony instynkt. Poderwaliśmy się i odbiegliśmy do tylu.
Sekundę po tym powietrze przeszyła syrena i ryk silnika lotniczego.
A potem Hanomag przestał istnieć.
Widzieliśmy tylko błysk, słyszeliśmy huk, poczuliśmy kamienie i ziemię, która nas obsypała. Podniosłem się i ujrzałem transportera rozerwanego w strzępy, a obok rozszarpane zwłoki lieutenanta.
Zgiąłem się wpół i solidnie zrzygałem.
BOŻE!
DLACZEGO?!
Kątem oka ujrzałem, jak Sonny układa się na ziemi i ubezpiecza nas od ostrzału z bunkra.
-Co teraz – wystękał słabo Jasiu
-Idziemy dalej! – odrzekł hardo Adios... blady jak kreda.
Sonny nas dalej ubezpieczał, a my powoli skradaliśmy się w stronę rozwalonej bramy. Minęliśmy jakieś ruiny i do pokonania pozostał tylko most – odkryty teren. Niemcy pozwoli nam podejść aż tutaj, by móc nas wystrzelać bez trudu przed samą brama.
Gregory wyjął kilka granatów dymnych i rzucił przed siebie. Po chwili cała otwarta przestrzeń ukryła się w kłębach gazu. Równocześnie usłyszeliśmy głośne serie z KMu. Była tak szybkostrzelna, że nie dało się odróżnić poszczególnych wystrzałów i zdawała się być ciągłą.
-To MG42... jak walnie cytryna to wchodzimy! – rozkazał sierżant i rzucił granat.
Huk!
Seria zamilkła.
Podrywamy się i wpadamy na most, a potem przez bramę. W dymie nie widzę niczego wyraźnie, nagle niemalże wdeptuję w leżącego na ziemi człowieka. Jest tak samo zaskoczony jak ja... to mi ratuje życie.
Wypaliłem mu prosto twarz, ukrytą pod hełmem z kryzą.
Równocześnie rozległy się też inne strzały i jakieś krzyki. Pełen nadziei, że to żaden z moich pobiegłem do przodu i zderzyłem się z żelaznymi drzwiami. Hełm mnie ocalił przed złamaniem nosa...
Dym lekko się rozwiał i mogłem nareszcie rozejrzeć się trochę.
Stałem przy zamkniętej bramie prowadzącej zapewne w głąb kompleksu. Obok były małe drzwiczki, a naprzeciwko wejście do bunkra oraz wieżyczek. Przed wysadzoną bramą leżał zabity przeze mnie Niemiec z CKMem, a obok w kałuży krwi kolejny.
-Idziemy tędy! GO GO GO! – wrzasnął Adios wskazując małe drzwi prowadzące do wewnątrz kompleksu. Jasiu zniknął w środku, a ja popędziłem za nim.
Chwilę szliśmy długim i strasznie wąskim korytarzem, aż dotarliśmy do ostrego zakrętu. Wyciągnąłem granat, wyrwałem zawleczkę, odliczyłem i rzuciłem za róg. Walnęło aż pył sypnął się z sufitu. Jasiu ostrożnie wyjrzał zza winkla... i dostał prosto w głowę.
Padł jak kłoda, a zamiast oka miał czerwona dziurkę, przez którą wypływała krew.
Znowu bym się porzygał, gdybym miał czym...
Dopiero teraz dotarło do mnie, że zostałem sam... całkowicie sam, otoczony betonem i Niemcami.
Boże...
Usiadłem ciężko i schowałem twarz w dłoniach.
Przecież to nie tak miało być!
Akcja miała być szybka... tak szybka, że nie zauważylibyśmy nawet, jak już by wszystko zostało załatwione. No i najważniejsze... miała być bez strat.
Podbiegł do mnie Adios wraz z Sonnym. Seargeant kopnął mnie w bok krzycząc, że mam walczyć.
Otrząsnąłem się i zobaczyłem, że nasz snajper jest w zakrwawionym niemieckim mundurze. Kazał nam się zamknąć, po czym wziął zdobyczny pistolet, strzelił kilka razy i wrzasnął po niemiecku:
-Alles Klar! Wszyscy wyjęci!
-Deutsche? – jakiś Niemiec odkrzyknął zdziwiony
-Ja... wychodzę do was z rękami w górze...
jak powiedział, tak zrobił. Wyszedł zza winkla...
Oczekiwałem strzału.
Ale ten nie padł.
Czekaliśmy chwilę... sam nie wiem na co. Aż nagle Adios syknął mi do ucha:
-Jak on strzeli, wypadamy i robimy rozpierdol!
I niemalże natychmiast ów strzał padł...
Wyskoczyliśmy i odruchowo strzeliłem w głowę najbliższemu Niemcowi. To samo zrobił Adios... i ujrzałem Sonnego martwego na ziemi. Boże... to my czy Niemcy...
Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, bo Adios już pognał kolejnym korytarzem. Biegliśmy razem... aż przed naszymi oczami pojawił się wielki zadaszony dok, a w stacjonował U-Boot.
-Cover me... – szepnął podoficer - ja zplantuję temu stateczkowi torpedownię...
Podkradaliśmy się aż po sam trap. Ku mojemu zdziwieniu... nikogo tu nie było. Adios wszedł na pokład i zniknął wewnątrz kiosku, a ja czekałem.
Dyszałem ciężko... chyba już wyczerpaliśmy na dziś limit nieszczęść? Adios plantuje okręt... to nareszcie koniec!
To nie koniec zabawy!
Nagle na szyi poczułem chłodną lufę i usłyszałem głos:
-Hande Hoch und Ruhe... bo inaczej rozwalę ci łeb!
Skąd on tu się wziął?! Przecież było pusto!
Wpadliśmy w pułapkę jak totalne żołtodzioby...
Niemiec cofnął się o kilka kroków. Nagle huknął strzał, aż podskoczyłem.
-Twojego koleżki już nie ma... zaraz powinno rąbnąć, nieprawdaż?
Skąd on wie?
Jak na zawołanie wewnątrz U-Boota rozległa się cicha eksplozja.
Cicha?
Miała rozwalić cały okręt!
Coś jest nie tak...
-Gehen!
Myśl... MYŚL!
Sądząc po odgłosie kroków... był jakieś dwa metry za mną...
Tylko dwa metry.
Ruszyłem do przodu i udałem, że się potykam.
On zanim stanął, zrobił krok i zmniejszył odległość.
Rzuciłem się do tyłu. Fuksiarsko złapałem go od razu za rękę z pistoletem. Upuścił broń. Drugą ręką go złapałem i strzeliłem.
Padł na ziemię.
Dobiłem go...
Boże... ale ze mnie cholerny szczęściarz. Dopiero teraz zauważyłem, że dłoń ma obwiązaną bandażem...
Nie było czasu na myślenie. Uciekłem tak jak tu przyszliśmy. Przy bramie spotkałem Gregorego, który ubezpieczał tyły.
#
Przyłapałem się na tym, że próbuję notować w powietrzu.
-I... co było dalej? – spytałem nietrzeźwo
-Dalej? Nic... wróciliśmy do bazy, gdzie czekali partyzanci. Trochę się wkurzyli na wieść, że przegraliśmy... ale to już wina wywiadu. Podał nam fałszywą informację.
-Jaką?
-On twierdził, że U-Boot jest po brzegi załadowany torpedami, przez co nawet niewielki ładunek wybuchowy, przenoszony przez jednego żołnierza, jest w stanie go zatopić. Okazało się jednak, że te torpedy były szkoleniowe... puste w środku. I tak na darmo zginęło kilku ludzi...
-No... dobrze... nim przejdziemy do analizy... proszę opowiedzieć drugi sen...
#
Od niechcenia głaskałem dłonią lufę Lugera. Broń to coś więcej niż tylko przedmiot do zabijania... to odpowiednik miecza starogermańskiego wojownika... jest jego towarzyszem broni i bratem, na którym może polegać.
Może dlatego mój pistolet jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, choć Afryka Północna to niegościnna kraina. Teraz jednak mamy urlop... tutaj w Norwegii nic się nie dzieje. Można się zrelaksować...
-Herr Hauptmann von Marder – zagadnął mnie Shütze Lurtz – czy oczekiwaliśmy jakiegoś Hanomaga?
-Was? – odrzekłem zdziwiony
-Hanomaga... w dodatku w wersji 20 z zamontowanym PaKiem 40… czemu on celuje w naszą stronę...
Huknęło i zatrzęsła się ziemia.
Podskoczyłem na krześle i ujrzałem transporter strzelający w naszą stronę. Niewiele myśląc chwyciłem dyżurnego Panzerfausta spod ściany, wsadziłem jego rurę pod pachę, rozłożyłem celownik i nacisnąłem spust... głowica poleciała po paraboli i trafiła pojazd w silnik.
-ALARM! - darł się jakiś żołnierz. Ktoś biegł ze Spandauem, ktoś opatrywał rannego, który spadł z muru.
-Na stanowiska! – wydarłem się jak najgłośniej, ostatni raz zerkając na pojazd.
W tej chwili na niebie, niczym anioł, pojawił się Stukas. Gładko wszedł w lot nurkowy, zawył i zrzucił swoje jajo...
A Hanomag przestał istnieć.
-Hurra! Celny zrzut! – wykrzyknął ktoś w euforii. Sam również uśmiechnąłem się szeroko... no to 1:1 kanalie...
Wycofałem się do wejścia do kompleksu, by móc stąd bezpiecznie obserwować przebieg sytuacji i wydawać rozkazy. Ubezpieczał mnie Gefreiter Nachtmare, a Shütze Karule i Lurtz rozstawili MG42 naprzeciwko rozbitej bramy.
Zaraz tu wejdą, to powitamy ich gorąco...
Już słyszę kroki.
Gestem nakazuję wszystkim milczeć.
Chrzęst piachu... są już naprawdę blisko, po drugiej stronie mostu nad fiordem.
Brzdęk... co to? Granat?
Nagle wszystko zasnuł dym. A to dranie!
-FEUER! – krzyknąłem
Lurtz nacisnął spust, a powietrze rozdarła seria z KMu. Jeśli ktoś teraz próbował tu wejść... to już nie żyje.
Jednak ktoś przeżył... bo przez bramę wpadł granat. Wybuchł dokładnie w chwili, kiedy schowaliśmy się za rogiem...
Jednak dosiągł mnie tutaj jakiś zabłąkany odłamek.
-AAAAA!!!!! MAIN GOOOOOT! – padłem na ziemię, nawet nie wiedząc w co dostałem. Świat zawirował... nie widziałem co się działo dookoła. Ktoś mnie podniósł i niósł korytarzem, a potem złożył na ziemi i obwiązał rękę bandażem...
-To nic wielkiego, Herr Hauptmann... zaraz przestanie boleć...
-Danke shön, Nachtmare... faktycznie już lepiej. Nawet mogę nadal trzymać pistolet. Oni zaraz tu wejdą... przygotuj się!
Ukryliśmy się za pancernymi drzwiami, prowadzącymi do doków.
Nie kazali nam długo czekać.
Do salki wpadł granat.
Schowaliśmy się za drzwi i tylko słyszeliśmy, jak odłamki dzwonią o żelazo. Po chwili wychylił się jakiś... Amerykanin!
Co oni tu ronią?! Spodziewałem się ruchu oporu!
Nachtmare celnym strzałem zabił niespodziewanego gościa.
-Co to jest do diabła?! –powiedziałem - wylądowali w Norwegii?! Desant? Czy co?
-Nie wiem, ale to chyba bez różnicy. Musimy się bronić.
-Co tu się dzieje? – aż podskoczyłem! Za nami stał Leutnant Slav i przecierał oczy.
-Amerykanie! – powiedział rozgorączkowany Nachtmare – rozwalili bramę i wtargnęli do bazy!
-Verfluchte! Co robimy?!
-Oni zapewne chcą zniszczyć U-Booty, wszak to jedyna interesująca rzecz, jaką tu można znaleźć...
Nagle usłyszeliśmy od strony wroga kilka strzałów, a potem...
-Alles Klar! Wszyscy wyjęci!
-Deutsche? – Slav odkrzyknął zdziwiony
-Ja... wychodzę do was z rękami w górze...
I faktycznie, ku nam wyszedł jakiś żołnierz w zakrwawionym mundurze. Dziwne, że był nieogolony...
-Nie znam ciebie... skąd jesteś? – spytałem
-Z pierwszego batalionu – odparł przybysz.
-A faktycznie... chyba już ciebie kojarzę – Nachtmare nachylił mi się do ucha i powiedział dużo ciszej – przecież nie ma pierwszego batalionu! Wyjechał na szkolenie do Trondheim!
-Rozwal go – odpowiedziałem i stanąłem w drzwiach, patrząc na wejście do sali.
Nachtmare strzelił mu w głowę.
W tym samym momencie do sali wbiegli Amerykanie. Obaj moi towarzysze nawet nie zdążyli podnieść broni.
Uciekłem ku U-Bootom.
To jedyna droga.
Wszystkie doki puste, tylko jeden okręt jest zacumowany.
Gdzie się ukryć?
Panicznie zlustrowałem wzrokiem otoczenie.
Schody na końcu nabrzeża!
Pobiegłem tam czym prędzej i położyłem się na betonowych stopniach. Na szczęście są prostopadle ułożone w stosunku do okrętu, więc nie powinni mnie zauważyć.
W rannej dłoni ścisnąłem Parabelkę... to mój ostatni kompan. Nie zawiedź mnie, tak jak nie zawiodłaś nigdy wcześniej! A i ja nie pozwolę ci trafić do niewoli... by jakiś prostacki Jankes powiesił sobie ciebie na ścianie i pozwolił się zakurzyć!
Idą... słyszę kroki dwójki ludzi. Jeden wspina się po trapie i po kiosku... cisza... znikł we wnętrzu, a drugi stoi.
Wychyliłem się lekko... jest odwrócony plecami.
Podniosłem się jak najciszej i podkradłem ostrożnie stawiając stopy... choć to tyle trwało, musiałem wytrzymać…
…i przyłożyć mu lufę do karku!
-Hande Hoch und Ruhe... bo inaczej rozwalę ci łeb!
Posłusznie podniósł łapy. Po chwili z kiosku wychylił się jego towarzysz... szybki strzał... ręka sama się nakierowała...
Jednego mniej. Tego nie warto wykańczać... jeniec może się przydać!
-Idziemy!
Ruszył powoli do przodu. Nagle potknął się o coś... a ja poczułem tylko ból w ręce, który błyskawicznie mnie oślepił.
I wszystko się skończyło.
#
-I co ciekawe, za każdym razem jak mam ten sen, to jakbym widział go wyraźniej,.... dostrzegam szczegóły, których wcześniej nie było... ale to przecież to samo! To samo... albo przynajmniej tak myślę.
-Cóż... – przetarłem okulary – to akurat łatwo wytłumaczyć. Zjawisko deja vu jest dość pospolite i absolutnie normalne. Charakteryzuje się tym, że skoro mamy ciągle tę samą wizję, to za każdym kolejnym razem możemy zwrócić uwagę na jej inne elementy, gdyż stare przecież dobrze pamiętamy. Sam muszę przyznać, że miałem podwójny sen o Westerplatte... w tym powtórzeniu dokładnie wiedziałem gdzie spadnie każda bomba.
-Pan tam chyba nie walczył... nie pana czasy...
-Nie moje, jednak sporo czytałem. Ale wracając do pana snów... to ciężko mi powiedzieć coś konkretnego. Przypadek jest wyjątkowy... to zdarza się naprawdę rzadko, by w śnie obserwować znane sobie wydarzenie z cudzej perspektywy. Bardzo rzadkie... Tak na pierwszy rzut oka... trochę to przypomina telepatię, o której jeszcze bardzo mało wiemy. Ktoś nieświadomie przekazuje panu swoje myśli. Problem polega na tym, że ta osoba nie żyje od dawna...
-Nie wierzę w duchy. Wierzę w twarde, fizyczne dowody.
-Wie pan... ludzkość posiada olbrzymią wiedzę o otaczającym nas świecie, o jego prawach i zasadach. Ale paradoksalnie... najmniej wiemy o nas samych, o tym co się dzieje w naszych głowach. Skąd się biorą emocje? Skąd się bierze instynkt, lęk, wiara, nadzieja czy nieuzasadniona nienawiść? Tak na dobra sprawę to nie mamy pojęcia... a gadki o enzymach to można wciskać studentom. Tutaj chodzi o coś więcej.
-Czyli...
-Sam pan przyzna, że są sprawy których ludzkość jeszcze nie odkryła. Nazywamy to magią, kiedyś była nią elektryczność, ogień czy pogoda. A obecnie... telepatia, telekineza, lewitacja... rzecz w które jeszcze nie wszyscy wierzą, ale którym nie można w stu procentach zaprzeczyć. Ja wierzę w to, ze jeszcze wielu rzecz nie wiemy... może nasze dzieci to odkryją? Może wnuki?
-No dobrze, ale co pan powie o moich snach! Wszak po to tu przyszedłem!
-Mógłbym panu przepisać jakieś tabletki, a wtedy one pewnie znikną. Ale... po co? Tak ma pan jedyna na świecie okazje doświadczyć dotknięcia czyjejś świadomości! To niesamowite!
-Zgadzam się... to fascynujące... jednak kieruje mną też ciekawość. Skąd to się bierze? Czemu ja?
-Nie wiem skąd... być może tam na nabrzeżu zaszło coś, przez co wasze umysły się spotkały. Zagrożenie życia? Chęć mordu? To mogło was zbliżyć.
-Rozumiem... czy coś jeszcze panie doktorze?
-Czy mógłby pan powiedzieć jak się nazywa ten Niemiec, którego sen pan nawiedza?
-Hauptmann von Marder – zadrżałem zaskoczony. To niemożliwe... - To imię dźwięczy mi w głowie niemalże jak własne.
-Oooo.... to ciekawe. Cóż... to wszystko z mojej strony. Dziękuję za wizytę.
-Również dziękuję panie doktorze, to naprawdę pomocne. Do zobaczenia! – skłonił się lekko i wyszedł, a ja zwiotczałem na krześle.
Czy on zauważył, że na tabliczce na moich drzwiach pisze 'Dr. James Marten'?
Coś mi mówi, że się jeszcze niedługo spotkamy...
Bergen
- SPIDIvonMARDER
- Generał-komandor
- Posty: 3024
- https://www.houzz.com/pro/kuchnie/meble-kuchenne-i-kuchnie-na-wymiar-warszawa
- Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
- Nick w ET: SPIDIvonMARDER
- Kontakt: