Lighthouse - opowiadanie z zamku Wolfenstein

Sprawy organizacyjne forum.
Awatar użytkownika
etheral
Starszy sierżant
Starszy sierżant
Posty: 323
https://www.houzz.com/pro/kuchnie/meble-kuchenne-i-kuchnie-na-wymiar-warszawa
Rejestracja: 2011-07-10, 13:23

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: etheral »

Oczyma wyobraźni widzę już jak będzie wyglądał fragment z moim udziałem........ :-).

Aha, no i dziękuje, że mnie w uwzględniłeś!
Awatar użytkownika
SPIDIvonMARDER
Generał-komandor
Posty: 3024
Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
Nick w ET: SPIDIvonMARDER
Kontakt:

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: SPIDIvonMARDER »

Spoko ;)
O każdym postaram się napisać coś, z czym kojarzy mi si,e na serwie. Podkreślam, POSTARAM SIĘ... nie znaczy, że mi się uda. Nie każdego znam dość dobrze. Nie każdy ma też indywidualną cechę, którą uda mi się wykorzystać. Przykładowo, ja mogę komuś kojarzyć się z Panzerfaustem. No ale wsadzić to w ekipę szturmującą klify Lighthouse może trudno.
Obrazek
Awatar użytkownika
SPIDIvonMARDER
Generał-komandor
Posty: 3024
Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
Nick w ET: SPIDIvonMARDER
Kontakt:

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: SPIDIvonMARDER »

Oto mały fragmencik dla zaostrzenia apetytu. Aktualnie mam 8 stron, dobiję chyba do 15.

-Herr Hauptmann von Marder? Jest pan proszony do środka! – wyrzucił z siebie na jednym wdechu adiutant, prostując się jak struna i pokazując drzwi. Von Marder spojrzał na niego nieco zmęczonym wzrokiem i stwierdził, że żółtodziób musi mieć tak spięte pośladki, że mógłby nimi łupać orzechy. Jakiś stary marynarz mu kiedyś sprzedał ten tekst, niestety nie pamiętał kto.
Sam doprowadził się do porządku. Wygładził mundur, zdjął czapkę i schował ją pod pachą. Drugą ręką poprawił Krzyż Żelazny I klasy, którego dumnie zawiesił sobie pod szyją... dla równowagi dla starszego nieco Krzyża drugiej klasy, otrzymanego już parę lat temu. W butach mógł się przejrzeć, a wyprasowane na glac spodnie mogły wprawić w zazdrość niejedną gospodynię domową.
Lubił czuć się elegancko... na froncie nie ma czasu na elegancję.
Łupiąc obcasami wmaszerował do pokoju. Ku jego zaskoczeniu, zamiast w uroczystej i bogatej sali, znalazł się w czymś w rodzaju zwykłego biura, z drewnianym biurkiem zawalonym papierami oraz niedopitą kawą stojącą na krześle obok. Za biurkiem siedział starszy, łysawy i mocno pomarszczony mężczyzna, w mundurze feldmarszałka. Był to sam Erwin Rommel, bohater Afryki Północnej i teraz dowódca mający przygotować obronę Francji. Von Marder stanął przed nim i zasalutował najuroczyściej, jak potrafił:
-Hauptmann von Marder melduje się na rozkaz, Herr Generalfeldmarschall!
Marszałek skinął mu głową i powiedział nieco szorstko:
-Znam mnie pan zapewne, tak samo jak Herr SS-Obersturbannführera, Otto Skorzennego...
Znikąd za plecami von Mardera znalazł się generał SS, w czarnym mundurze i z wymalowaną złośliwością na twarzy. Kapitan aż podskoczył, zaskoczony albo tym nagłym pojawieniem się, albo twarzą Skorzennego. Faktycznie, blizny na jego twarzy były chyba gęstsze od naczyń krwionośnych.
Nim zdążył coś odpowiedzieć, Rommel wziął szklankę z krzesła, położył ją na biurku i znowu podjął temat:
-Proszę usiąść, kapitanie. Mamy panu do powiedzenia parę rzeczy, ale niestety nie mamy czasu na wszystko. Jak widać, jesteś zawaleni robotą. Tego spotkania nie ma nawet w moim grafiku...
-Ja... jawohl... – odpadł całkowicie zbity z tropu von Marder. Usiadł sztywno i spojrzał, jak Skorzenny wyciąga ze stojącej pod ścianą komody wielką kopertę. Von Marder miał wrażenie, że pod tymi zielonymi ścianami ze starą boazerią wcześniej było pusto. Teraz widział wszędzie szafki, komody i półki pełne akt i teczek, a nad tym wszystkim wisiał standardowy portret Führera, nieco z boku obserwujący go i jakby sprawdzający, czy siedzi prosto.
Kapitan natychmiast się przestał garbić.
Od Skorzennego wziął kopertę i zachęcony sprawdził zawartość. Były to zdjęcia jakiejś małej wyspy, skąpanej we mgle. Dużo to na nich nie widział, aż trafił na odbitkę z podkreślonymi pisakiem konturami budynków, w dodatku podpisanych. Wtedy dostrzegł okrągłą latarnię morską, obok jeden budynek, a po drugiej strony wyspy bunkier i działo morskie. Pomiędzy tym wszystkim była brama, a całość otoczono murem.
-Dostanie pan jeszcze dokładniejsze instrukcje, to tylko podgląd. Nie ma lepszego, niestety – powiedział Skorzenny.
-Jak rozumiem, to moje nowe zadanie czy coś... – powiedział zmieszany von Marder. Serce biło mu jak oszalałe, więc nie bardzo kontrolował, czy mówi elegancko do przełożonych.
-Genau... od dawna poszukiwaliśmy tej tajnej placówki, gdzie Alianci opracowują plany nadchodzącej inwazji...
-Nie jest tajemnicą, że będzie ona na północy Francji – przerwał Rommel – Moim zdaniem to jest więcej niż pewne. Niestety Führer w swej nieskończonej mądrości ma nieco inne plany dotyczące obrony tego odcinka, więc musimy radzić sobie sami. Bardzo by nam pan pomógł, jakby pan zniszczył ten ośrodek.
Zapadła na chwilę cisza.
Rommel coś pisał w anonimowym formularzu.
Skorzenny patrzył na jedno z danych Marderowi zdjęć.
A Marder... właśnie żegnał się w myślach z rodziną i przyjaciółmi.
Więc tak... wysyłają go na jakąś samobójczą wyprawę w celu wysadzenia ściśle tajnego sztabu... i jeszcze pewnie samego...
-Sam tam polecę? – spytał przez zaciśnięte gardło.
-Oczywiście, że nie. Dostanie pan, Herr Hauptmann, grupę doświadczonych żołnierzy. To nie ma być konspiracyjny sabotaż, infiltracja. To ma być regularny atak z zaskoczenia. Przewiduje się dużo trupów i dużo eksplozji, ale od pana zależy, po czyjej będą stronie. W naszym interesie jest, żeby po tamtej. Czy to jasne?
-Jawohl!
-Cele są dwa. Być może w baraku znajduje się właściwy sztab. Należy w nim skopiować jak najwięcej danych przeciwnika, a potem je zniszczyć. Jeśli okaże się to niemożliwe, to tylko zniszczyć. Przypuszczamy jednak, że barak jest tylko makietą, przykrywką dla właściwego sztabu znajdującego się w podziemiach latarni. Infiltracja może okazać się konieczna. Celem drugim jest działo morskie, tutaj w południowo zachodnim narożniku wyspy. Sporo nam poprzeszkadzało ostatnio. Cel numer trzy zostanie wykonany za was. Przed z waszym atakiem wyślemy samolot, który odwróci od was uwagę. Zestrzeli światło latarni i znajdującą się tam antenę, odcinając równocześnie kontakt z wyspą. Będziecie mogli zaatakować bez strachu, że Tommys zadzwonią po posiłki. To właściwie wszystko. Pytania?
Von Marder zamyślił się. To jedyna, ostatnia okazja, aby powiedzieć „Nie”, wycofać się, poprosić o przeniesienie... wykręcić się od tego szajsu...
-Nie, Herr Gruppenführer...
Obrazek
lurtz95
Komandor dywizji
Komandor dywizji
Posty: 1168
Rejestracja: 2009-08-28, 16:34
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: Skarżysko
Kontakt:

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: lurtz95 »

No,no nieźle się zapowiada.
89% graczy uważa że najważniejsza jest grafika, jeśli należysz do tych 11% wklej to do podpisu...
Obrazek
Obrazek
KonDzio pisze:Odpowiedź to kupa

http://www.zlotemysli.pl/blaskowitz,1/
http://blaskowitzz.wordpress.com/ zapraszam
Awatar użytkownika
Mentos
Starszy kapral
Starszy kapral
Posty: 131
Rejestracja: 2011-12-27, 23:15

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: Mentos »

Czuję tą świeżość bijącą z tego fragmentu :)
Awatar użytkownika
kaneno
Starszy sierżant
Starszy sierżant
Posty: 337
Rejestracja: 2011-01-07, 21:44
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: Stryków

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: kaneno »

Juz widze ze jak pojawi sie calosc to wsiakne na jakis czas... xD
Obrazek
Awatar użytkownika
Tucikdrucik
Pierwszy sierżant
Pierwszy sierżant
Posty: 356
Rejestracja: 2011-02-18, 19:20
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: Lubin

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: Tucikdrucik »

Wczytałem się dogłębnie zaostrzyłeś mi apetyt :-D
Awatar użytkownika
SPIDIvonMARDER
Generał-komandor
Posty: 3024
Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
Nick w ET: SPIDIvonMARDER
Kontakt:

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: SPIDIvonMARDER »

Kurde, dzięki! :D Nie spodziewałem się, że w ogóle ktoś to przeczyta.


Świeżość jest, np. widać to po błędach :P
Obrazek
Awatar użytkownika
Mentos
Starszy kapral
Starszy kapral
Posty: 131
Rejestracja: 2011-12-27, 23:15

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: Mentos »

Srał pies błędy, liczy się fabuła ;)
Awatar użytkownika
JCF
Pułkownik
Pułkownik
Posty: 1526
Rejestracja: 2011-09-19, 18:43
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: Lublin

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: JCF »

heh kurde dobra robota :)
JCF MoFos TypeR
Awatar użytkownika
sewe12
Major
Major
Posty: 900
Rejestracja: 2011-06-29, 20:24
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: Rzeszow

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: sewe12 »

zapowiada się ciekawie ;-)
Obrazek
Obrazek
Awatar użytkownika
SPIDIvonMARDER
Generał-komandor
Posty: 3024
Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
Nick w ET: SPIDIvonMARDER
Kontakt:

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: SPIDIvonMARDER »

Opowiadanie napisane. Zostało poprawić błędy i popracować nad prezentacją ;)
Obrazek
Awatar użytkownika
sewe12
Major
Major
Posty: 900
Rejestracja: 2011-06-29, 20:24
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: Rzeszow

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: sewe12 »

:-D nie mogę się doczekac :-o
Obrazek
Obrazek
Awatar użytkownika
SPIDIvonMARDER
Generał-komandor
Posty: 3024
Rejestracja: 2008-08-18, 14:07
Nick w ET: SPIDIvonMARDER
Kontakt:

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: SPIDIvonMARDER »

Obrazek
Jakub Orłowski
LIGHTHOUSE
Opowieść z zamku Wolfenstein



Dwukadłubowy Focke-Wulf FW-189 docierał właśnie nad cel. Pilot zameldował o tym fakcie i szturchnął siedzącego obok obserwatora, by ten wziął się do roboty. Było to zbędne, gdyż towarzysz już od dawna wyczekiwał z przygotowaną lornetką.
Samolot miał pomiędzy kadłubami dużą, przeszkloną kabinę, która nieco przypominała kopułę luksusowej windy, zbudowanej z małych szybek poumieszczanych w kratownicy.
Spojrzeli obaj na niedużą, skalistą wysepkę, samotnie sterczącą w morzu. Z jej środka, niczym Eskalibur z kamienia, sterczała ogromna latarnia morska, z potężnym światłem na szczycie.
-Scheiße! – syknął pilot – Wszystko we mgle! Gówno zobaczysz.
-Damy radę... – mruknął drugi, przykładając lornetkę do oczu. Faktycznie, widoczność była potwornie ograniczona, ale mimo to zlokalizował budynek u stóp latarni, bramę oddzielającą ją od jakiegoś bunkra i coś jeszcze było...
-Zrób jeszcze jedną pętle. Chcę to zobaczyć.
-A jak nas walną z Flaka?
-Nie walną... a to może być ważne.
Samolot zrobił nożyce i zawrócił. Obserwator skupił się na jednym punkcie.
-Genau! To jest to cholerne działo, które szachowało tego U-Boota, co uszkodzony wracał tydzień temu. Mam je!
-Wunderbar! Wracamy, nim naślą na nas myśliwce!
Pilot otworzył szerzej przepustnicę, silnik zaryczał, a samolot jak torpeda pomknął przed siebie, ku bezpiecznemu niebu Francji.
Obrazek
-Herr Hauptmann von Marder? Jest pan proszony do środka! – wyrzucił z siebie na jednym wdechu adiutant, prostując się jak struna i pokazując drzwi. Von Marder spojrzał na niego nieco zmęczonym wzrokiem i stwierdził, że żółtodziób musi mieć tak spięte pośladki, że mógłby nimi łupać orzechy. Jakiś stary marynarz mu kiedyś sprzedał ten tekst, niestety nie pamiętał kto.
Sam doprowadził się do porządku. Wygładził mundur, zdjął czapkę i schował ją pod pachą. Drugą ręką poprawił Krzyż Żelazny I klasy, którego dumnie zawiesił sobie pod szyją... dla równowagi dla starszego nieco Krzyża drugiej klasy, otrzymanego już parę lat temu. W butach dało się przejrzeć, a wyprasowane na glac spodnie mogły wprawić w zazdrość niejedną gospodynię domową.
Lubił czuć się elegancko... bo na froncie nie ma czasu na elegancję.
Łupiąc obcasami wmaszerował do pokoju. Ku jego zaskoczeniu, zamiast w uroczystej i bogatej sali, znalazł się w czymś w rodzaju zwykłego biura, z drewnianym biurkiem zawalonym papierami oraz niedopitą kawą stojącą na krześle obok. Za biurkiem siedział starszy, łysawy i mocno pomarszczony mężczyzna, w mundurze feldmarszałka. Był to sam Erwin Rommel, bohater Afryki północnej i teraz dowódca mający przygotować obronę Francji. Von Marder stanął przed nim i zasalutował najuroczyściej, jak potrafił:
-Hauptmann von Marder melduje się na rozkaz, Herr Generalfeldmarschall!
Marszałek skinął mu głową i powiedział nieco szorstko:
-Znam mnie pan zapewne, tak samo jak Herr SS-Obersturbannführera, Otto Skorzennego...
Znikąd za plecami von Mardera znalazł się generał SS, w czarnym mundurze i z wymalowaną złośliwością na twarzy. Kapitan aż podskoczył, zaskoczony albo tym nagłym pojawieniem się, albo twarzą Skorzennego. Faktycznie, blizny na jego obliczu były gęstsze od naczyń krwionośnych.
Nim zdążył coś odpowiedzieć, Rommel wziął szklankę z krzesła, położył ją na biurku i znowu podjął temat:
-Proszę usiąść, kapitanie. Mamy panu do powiedzenia parę rzeczy, ale niestety nie mamy czasu na wszystko. Jak widać, jesteśmy zawaleni robotą. Tego spotkania nie ma nawet w moim grafiku...
-Ja... jawohl... – odpadł całkowicie zbity z tropu von Marder. Usiadł sztywno i spojrzał, jak Skorzenny wyciąga ze stojącej pod ścianą komody wielką kopertę. Von Marder miał wrażenie, że pod tymi zielonymi ścianami ze starą boazerią wcześniej było pusto. Teraz widział wszędzie szafki, komody i półki pełne akt i teczek, a nad tym wszystkim wisiał standardowy portret Führera, obserwujący go nieco z boku i jakby sprawdzający, czy siedzi prosto.
Kapitan natychmiast przestał się garbić.
Od Skorzennego wziął kopertę i zachęcony sprawdził zawartość. Były to zdjęcia jakiejś małej wyspy, skąpanej we mgle. Dużo to na nich nie widział, aż trafił na odbitkę z podkreślonymi pisakiem konturami budynków, w dodatku podpisanych. Wtedy dostrzegł okrągłą latarnię morską, obok jeden budynek, a po drugiej strony wyspy bunkier i działo morskie. Pomiędzy tym wszystkim była brama, a całość otoczono murem.
-Dostanie pan jeszcze dokładniejsze instrukcje, to tylko podgląd. Nie ma lepszego, niestety – powiedział Skorzenny.
-Jak rozumiem, to moje nowe zadanie czy coś... – powiedział zmieszany von Marder. Serce biło mu jak oszalałe, więc nie bardzo kontrolował, czy mówi elegancko do przełożonych.
-Genau... od dawna poszukiwaliśmy tej tajnej placówki, gdzie Alianci opracowują plany nadchodzącej inwazji...
-Nie jest tajemnicą, że będzie ona na północy Francji – przerwał Rommel – Moim zdaniem to jest więcej niż pewne. Niestety Führer w swej nieskończonej mądrości ma nieco inne plany dotyczące obrony tego odcinka, więc musimy radzić sobie sami. Bardzo by nam pan pomógł, jakby pan zniszczył ten ośrodek.
Zapadła na chwilę cisza.
Rommel coś pisał w anonimowym formularzu.
Skorzenny patrzył na jedno z danych Marderowi zdjęć.
A Marder... właśnie żegnał się w myślach z rodziną i przyjaciółmi.
Więc tak... wysyłają go na jakąś samobójczą wyprawę w celu wysadzenia ściśle tajnego sztabu... i jeszcze pewnie samego...
-Sam tam polecę? – spytał przez zaciśnięte gardło.
-Oczywiście, że nie. Dostanie pan, Herr Hauptmann, grupę doświadczonych żołnierzy. To nie ma być konspiracyjny sabotaż, infiltracja. To ma być regularny atak z zaskoczenia. Przewiduje się dużo trupów i dużo eksplozji, ale od pana zależy, po czyjej będą stronie. W naszym interesie jest, żeby po tamtej. Czy to jasne?
-Jawohl!
-Cele są dwa. Być może w baraku znajduje się właściwy sztab. Należy w nim skopiować jak najwięcej danych przeciwnika, a potem je zniszczyć. Jeśli okaże się to niemożliwe, to tylko zniszczyć. Przypuszczamy jednak, że barak jest tylko makietą, przykrywką dla właściwego sztabu znajdującego się w podziemiach latarni. Infiltracja może okazać się konieczna. Celem drugim jest działo morskie, tutaj w południowo zachodnim narożniku wyspy. Sporo nam poprzeszkadzało ostatnio. Cel numer trzy zostanie wykonany za was. Przed waszym atakiem wyślemy samolot, który odwróci od was uwagę. Zestrzeli światło latarni i znajdującą się tam antenę, odcinając równocześnie kontakt z wyspą. Będziecie mogli zaatakować bez strachu, że Tommys zadzwonią po posiłki. To właściwie wszystko. Pytania?
Von Marder zamyślił się. To jedyna, ostatnia okazja, aby powiedzieć „Nie”, wycofać się, poprosić o przeniesienie... wykręcić się od tego szajsu...
-Nie, Herr Gruppenführer...
Obrazek
Dwa dni później, w sali gimnastycznej ośrodka treningowego w Padeborn, kapitan stanął naprzeciwko szeregu złożonego z ledwie szóstki żołnierzy, w tym aż trzech kobiet. Był zszokowany, jak powiedziano mu jak skromnymi siłami będzie dowodził. Szóstka ludzi! Trzy kobiety! Nie miał nic przeciwko kobietom... był romantykiem... ale zdawał sobie sprawę, że to troszkę mimo wszystko inny organizm.
Popatrzył na nich i krzyknął:
-Baczność!
Wszyscy się wyprężyli, a w sali gimnastycznej ośrodka rozległ się huk obcasów.
-Czołem drużyna!
-Czo-pa-nie! – odpowiedział szybko mieszany chór. Von Marder zachowując poważną minę pozwolił spocząć i obejrzał ich twarze.
Ustawili się według stopnia. Pierwszy to potwornie wysoki i barczysty Leutnant, patrzący z pewnym małym lekceważeniem. Widoczne spod furażerki zakola dawały znać, że nie był to najmłodszy żołnierz, ale twarz miał wciąż młodą. Dalej stał niższy i dużo chudszy Feldwebel, o szybkim spojrzeniu. Następnie kobieta o identycznym stopniu. Ładnie wykrojone ciało miło komponowało się z pogodną twarzą, której oczy zostały podkreślone subtelnym makijażem. Potem był Gefreiter o wyglądzie marynarza. Młody, ale brodaty, z twarzą poznaczoną pierwszymi zmarszczkami, charakterystycznymi dla ludzi mających do czynienia z morskim wiatrem. Obok stała podobno do pani sierżant szeregowa. Tyle, że blondynka i nieco niższa. Szereg zamykała bardzo wysoka i bardzo szczupła brunetka, z mocnym, czarnym makijażem oczu.
Von Marder skupił się i zaczął przemawiać.
-Witam was wszystkich serdecznie. Nazywam się Martin von Marder Dostaliście już wprowadzenie do tego, co nas czeka. Oczywiście, że będziemy to jeszcze omawiać, ale teraz chciałem jedynie was poznać. Nie będę miał na to za dużo czasu, gdyż wymarsz już za miesiąc, dwunastego kwietnia. Już na wstępie zaznaczam, że oczekuję od was absolutnie bezwzględnej karności i...
-Z takim wzrostem to se możesz – syknął ten wysoki z początku.
Von Marder zmarszczył się, jego twarz stałą się marsowa. Podszedł do podporucznika tak blisko, jak tylko mógł i zadarł głowę do góry, by spojrzeć mu w oczy. Ten uśmiechnął się szyderczo, oczekując jakiejś bury albo nawet uderzenia, ale ku własnemu zdumieniu, oficer odezwał się do niego ciepło, niemalże ojcowsko:
-Wzrost jest ważny dla sanitariuszy. Dzięki swej sile mogą wtedy łatwiej wynosić rannych kolegów z pola walki. Mam nadzieję, że właśnie ty będziesz mnie wtedy ratował.
Odwrócił się, zostawiając za sobą zupełnie zmieszanego oficera. Obszedł szereg w te i we wte, nim wrócił do przemowy.
-O ile mi wiadomo, każdy z was ma już za sobą doświadczenie bojowe. Każdy był chociaż miesiąc na froncie. Musi nam to wystarczyć, gdyż nie mam czasu szkolić was na żołnierza. Mogę jedynie pokazać jak wykonać powierzone zadanie... dlatego współpraca z waszej strony jest tutaj kluczowa. Czy mogę na was liczyć?
-JAWOHL! – odkrzyknęli jednogłośni. Von Marder uśmiechnął się w podziękowaniu.
Obrazek
Był już późny wieczór, kiedy do von Mardera ktoś zapukał. Oficer był zajęty pisaniem sprawozdania z pierwszych dwóch dni treningu, a ze Trzecia Rzesza karmiła się papierem, to miał sporo roboty.
-Comm zu Bitte! – odpowiedział grzecznie Martin, na wypadek jakby to był jakiś major. Jednak do środka wszedł jego własny podwładny, któremu powiedział co nieco o ratowaniu. Stanął naprzeciwko, wyprężył się, zasalutował i powiedział:
-Herr Hauptmann! Chciałbym przeprosić za swoje aroganckie zachowanie! To się nigdy nie powtórzy i obiecuję, że będę teraz pańskim najlepszym żołnierzem!
Von Marder pokiwał głową.
-Przeprosiny przyjęte. Coś jeszcze, Herr Leutnant?
-Tak. Nie mogę zrozumieć, czemu pan wtedy mnie nie trzasnął zwyczajnie po gębie.. a powiedział coś takiego.
-Wiesz, zbyt długo siedziałem na froncie, by trzaskać ludzi po mordach za jakieś głupie teksty. Wolę takiemu klientowi powiedzieć coś mądrego, bo może to zrozumie. Jak ty. Trzasnąć zawsze zdążę.
Obrazek
Ostatniego dnia szkolenia, wszyscy zebrali się ponownie w tej samej sali gimnastycznej, co miesiąc temu. Ponieważ z tak małego grona nie sposób było kogokolwiek wyrzucić, nie dało się zrobić selekcji i wszyscy ukończyli szkolenie. Von Marder wyjął kartkę i zaczął czytać:
-Dzisiejszego dnia staniecie się członkami Einheit Wirbelwind. Mam tutaj listę waszych kryptonimów. Zaraz zameldujecie się według waszej nowej tożsamości. Do końca trwania akcji lub do odwołania, wasze imiona i nazwiska zostają utajnione i zastąpione kryptonimem. Nawet jak sam Führer was spyta, to musicie przedstawić się według kryptonimu. Czy to jasne?
-JAWOHL!
-Zatem... Baczność! Kolejnooo melduj się!
Odzywali się w tej samej kolejności, jak stali na pierwszym apelu:
-Leutnant JCF!
-Feldwebel KK!
-Gefreiter Beatrice!
-Gefreiter Skarlat!
-Schütze Olge!
-Schütze Karissa!
Von Marder skinął głową i powiedział:
-Od teraz jestem dla was Hauptmannem Spidim! Spotykamy za godzinę na placu przed budynkiem i ruszamy do Anglii. Abtretten!
Obrazek
Stary U-Boot typu II nie nadawał się do już do walki na morzu, ale wystarczył, by siódemkę ludzi podrzucić nieopodal latarni morskiej, a dokładniej wyspy. Właz otworzył się i wyszło stamtąd parę osób, wyskoczyły z kiosku i odczepiły przymocowane do burty trzy pontony. Następnie przesiadły się do nich i zaczęły płynąć w stronę zupełnie zamglonej skały, której kontur był niemalże niewidoczny.
U-Boot leniwie zanurzył się z powrotem, niczym jakiś stalowy krokodyl.
Może było spokojne, toteż podróż nie była długa ani ciężka. Pontony wylądowały u stóp skały, na zachodnim brzegu. Była tutaj miniaturowa, skalista plaża, która pozwoliła wysiąść i jakoś umocować liny.
Rozejrzeli się dookoła. Mgła skutecznie ich maskowała, a uderzające o skałę fale nie pozwalały przedrzeć się hałasom. Jednak wysoko w górze znajdowała się mur, z którego ktoś mógł przypadkiem spojrzeć w dół i ujrzeć pontony, więc należało się streszczać.
Czujnie obserwując okolicę i stąpając jak najciszej, podkradli się wzdłuż południowej ściany. Zdjęcie lotnicze wskazywało, że była tam maleńka dolinka, co mogło świadczyć o istnieniu przystani i wejścia do kompleksu.
I rzeczywiście.
Minęli mały budynek z syreną, stojący wysoko na skale i zauważyli betonowe molo wychodzące minimalnie w morze. Wśród dużych skrzyń stał na nim żołnierz i popalał papierosa, niedbale przestępując z nogi na nogę. Miał na sobie długi płaszcz, karabin przewieszony przez ramię, a na głowie talerzowaty hełm.
Spidi kiwnął na KK. Ten bezgłośnie zasalutował i zaczął długimi krokami zbliżać się do Brytyjczyka. O ile wcześniej starali się nie robić hałasu, to teraz KK po prostu jakby unosił się cal na ziemią... nim mrugnęli, był za plecami nic nie spodziewającego się Tommego.
Nagły ruch.
Błysk noża.
I Tommy zwiotczał w ramionach KK, który układał go na ziemi, za jedną ze skrzynek.
Dołączyli do Feldwebla i zauważyli, że istotnie, z przystani prowadziły jakieś drzwi, nawet dwie pary. Tymi z prawej pewnie dało się dostać do działa morskiego, którego lufa wystawała ponad murem u góry. Te drugie natomiast nie były już takie proste do odszyfrowania.
Nagle Spidi uniósł do góry pięść. Wszyscy skulili się za skrzynkami, przy których akurat stali.
Daleki... bardzo daleki i balansujący na granicy słyszalności szum...
-Nasz samolot!
Istotnie. Coś wyraźnie i szybko zbliżało się do wyspy. Już po chwili byli nawet w stanie stwierdzić, ile silnikowa była to maszyna.
Z mgły wynurzył się szturmowy Junkers Ju-88. Śmignął nad wyspą, a oni uśmiechnęli się szczerze, widząc swoje znaki narodowe na skrzydłach ptaka. Ręce same wyciągały się by pomachać, ale powstrzymali się w ostatnim momencie.
Samolot nawrócił i zaatakował. Z głośnym piskiem, a potem sykiem wystrzelił spod kadłuba rakietę, która błyszcząc i ciągnąc za sobą słup dymu, pomknęła w kierunku latarni. Dopiero teraz zauważyli, że tam jest jakiś ciemny kształt, który panicznie biega dookoła galeryjki.
Rakieta uderzyła prosto w sam środek platformy, a uwięziony tam żołnierz coś krzyknął głośno.
I nic więcej się nie stało.
Samolot odleciał.
-Nutte! – syknął wściekły JCF – Nie wybuchło! Co teraz?
-Musimy wysadzić to przeklęte światło i antenę. – odpowiedział Spidi – Dlatego niestety, ale podzielimy się. Jedna grupa pójdzie ze mną do działa i je rozwali, a druga wespnie się po skale do budynku z syreną. Musi mieć tam jakieś przejście przez mur. Tamtędy na pewno będzie biegło połączenie z latarnią. W końcu wszyscy spotkamy się w podziemiach, tam gdzie jest sztab.
-Jaki podział, Herr Hauptmann?
-Ja, ty i Karissa do działa. Reszta na górę.
-Zu Befehl! – odezwało się kilka ściszonych głosów i obie grupy ostrożnie udały się w swoje strony.
Obrazek
Jeszcze długo przedtem, nim KK poderżnął gardło nieświadomego żołnierza, punktualnie o czwartej, Colonel Adi zarządził apel poranny. Corpolar Thor głośnymi okrzykami „Get up and fuck! You lazy Bastards!” zrywał z łóżek opornych. Chcąc nie chcąc musieli stawić się przed barakiem, który był jedynym prawdziwym budynkiem na terenie kompleksu. Przed nim była szopa na narzędzia, dwie cysterny z benzyną do agregatora, po lewej żelazna brama i schody na dół do schronu... a po prawej oczywiście monumentalna latarnia. Tam jednak wstęp był ograniczony i jedynie oficerowie wraz z wartownikami mogli tam wchodzić.
Warta na górze była popularnie zwana „wachtą na bocianim gnieździe” i miała po jednej fundamentalnej zalecie i wadzie. Zalecie, że można było niezauważenie palić, szczególnie w mgliste dni. Z kolei wada to cholerne zimno i wiatr. To już lepsza była przystań na dole, gdzie owszem, łatwiej o przypał, ale z drugiej strony tak nie piździło.
Ale teraz nikt nie myślał o warcie, a jedynie o tych ukradzionych dwóch godzinach snu. Szeregowcy i wszyscy inni stali w karnym szeregu, kiwając się na boki i drzemiąc na stojąco, by złapać choć minutkę spania więcej. Pilnujący ich kapitanowie Tucik, Etheral i Sewe przymykali na to oko wiedząc, że ci biedacy dziś jeszcze wiele wycierpią. Jeśli Adi zwoływał apel o takiej poronionej godzinie, to wiadomo, że wstał nie w humorze i będzie krótko mówiąc jednodniowe piekło.
Nagle Tucik usłyszał zbliżające się szybkie kroki. Tak chodzili tylko starzy weterani z Afryki, czyli...
-ATTENTION! – wrzasnął, a wszyscy w mgnieniu oka ze zmaltretowanych życiem żołdaków, przeistoczyli się w improwizowaną kompanię honorową.
Na schodach pojawił się pułkownik. Po licznych bliznach na twarzy od razu było widać bitwy, które przeżył. W nagrodę za zasługi dla imperium brytyjskiego, dano mu tę bezpieczną i słodką fuchę „latarnika”, ale go to nie satysfakcjonowało. Walczyć już nie chciał, ale z drugiej strony to było totalne zadupie, niegodne jego postaci.
Dlatego w oczach Adiego zawrze wrzało rozczarowanie.
Które potrzebowało ujścia... na przykład teraz.
-What the fuck is this?! – rzucił do pocącego się z przejęcia Tucika – Co tak wolno? Co tak krzywo stoją? Nie po to macie te pieprzone pagony, aby nie umieć nawet ustawić w szeregu grupy tępaków! Nie wiem, po co tutaj typu oficerów, zawsze byłem im przeciwny...
-Sir! Posłusznie melduję garnizon gotowy do apelu! – odpowiedział Tucik, ignorując wypowiedź Adiego. Ten kiwnął głową i stanął naprzeciwko szeregu. Z wierzchu wyglądali porządnie, ale wewnątrz każdego żołnierza kisiło się nieszczęście. Dwie godziny snu...
-Dzisiejsza pobudka nie ma jakiegoś szczególnego uzasadnienia! – powiedział wesoło pułkownik – Mógłbym wam teraz pieprzyć o niespodziewanym ataku Jerrych, co to mogą wpaść tutaj o trzeciej rano, ale oni nie są głupi. Nie zechce im się ruszyć dup z łóżek o takiej pojebanej godzinie... mają nieco więcej szczęścia od was. A teraz do zajęć! – odwrócił się i poszedł w kierunku latarni. Tucik pozwolił spocząć, a potem odmaszerować do nakazanych czynności. Ponieważ nakazanych czynności nie było, wyznaczono pospiesznie warty i wysłano je gdzie trzeba.
Ku przerażeniu szeregowego Inffy, dostał wspólną wartę z Gregorym. Gregory był nastolatkiem, który dziwnym trafem znalazł się w wojsku... pewne jego matka dała w łapę komisji poborowej, aby przyjęli jej synka do wojska, aby zakosztował prawdziwego wojskowego życia, przygód i przyjaźni. Efekt był taki, że swoim gadulstwem potrafił wytrącić z równowagi nawet Thora, który pomijając malownicze wiązanki słowne, był człowiekiem spokojnym. Najgorsze było to, że nie było na to paragrafu i Gregory mógł sobie gadać bezkarnie.
-Gregory, postoimy razem, nawet dam Ci szlugę tam na dole, ale masz się zamknąć! Deal? – spytał Inffa.
-Deal deal! – odparł wesoło greenhorn, ale Inffa wiedział, że to I tak się źle skończy. I istotnie, już pięć minut po wykończeniu fajki, Gregory nagle przypomniał sobie o jakimś zdarzeniu ze szkolenia, którym koniecznie musiał się podzielić z głodnym wrażeń towarzyszem.
Gregory miał specyficzny dar niezauważania, jak inni dookoła stawali się czerwoni lub zieloni, w zależności od temperamentu.
W końcu Inffa nie wytrzymał i syknął:
-Jeszcze słowo... a ciebie zastrzelę!
Gregory zamilkł. Nie bardzo wiadomo, czy czując lód w słowach Inffy, czy czując lufę jego karabinu na swojej piersi.
-Ale... ja może pójdę...
-Go! Out! Fuck off! Now! – wyskandował przez zęby Inffa, a Gregory powoli wycofał się do lewych drzwi przystani, prowadzących prosto do sztabu. O tej porze tam nie powinno być nikogo, więc mógł spokojnie przeczekać do końca warty...
Wszak i tak Inffa nie mógł go wsypać. Za wygrażanie komukolwiek karabinem był karcer albo nawet czapa.
Obrazek
Private Danse miał całkowicie gdzieś wszelkie nakazy oficerstwa. Dlatego kiedy tylko dotarł na swoją placówkę, czyli syrenę, natychmiast wygodnie ułożył się na framudze i zamknął oczy. Dranie chciały mu ukraść dwie godziny snu, to teraz je sobie odzyska choćby nie wiem co...
Obrazek
W tym samym czasie czterech żołnierzy obsadziło działo. Normalnie nie było takiej potrzeby, gdyż ostrzał przy takiej mgle i tak był możliwy wyłącznie przy współpracy z zewnętrznym obserwatorem, który przez radio podawał koordynaty, ale coś musieli ze sobą zrobić o tej pogańskiej godzinie. Gand, Phobos, Mentos i Lue (jedyna kobieta na pokładzie, ale za to z jakim celem!) usiedli dookoła armaty i patrzyli po sobie niewidzącym wzrokiem.
Czwarta dziesięć...
-Czwarta dziesięć... – mruknął Mentos. Gand westchnął Phobos tylko ziewnął, a Lue zazwyczaj mało się odzywała. Mentos coś zaczął mruczeć o tym, jak to kiedyś z tego działa ustrzelił pikującego Stukasa, ale nikt nawet nie miał siły mu przerwać i kazać się zamknąć. Lue zdjęła hełm i schował w nim twarz, zapewne szukając możliwości zaśnięcia. Była wysoka i szczupła, więc w mundurze maskującym kształty nie od razu dało się dostrzec w niej kobietę. Ale delikatne rysy twarzy i zdecydowanie kobiece usta czyniły ją piękną.
Ale to było prywatne piękno. Teren zamknięty, keep out! Kto próbował się do niej podwalać, jak Gregory, dostawał szybką fangę w nos, a potem w krocze, jak pierwsze ostrzeżenie nie poskutkowało. Oficerowie dziwnym trafem ignorowali oskarżenia niedoszłych amantów o pobicie.
Nagle usłyszeli coś dalekiego. Brzmiało jak silnik. Teoretycznie tutaj pływało sporo statków i czasem przelatywały samoloty, ale po tym ostatnim rozpoznaku, co robił im nagą sesję zdjęciową niczym gwiazdom Hollywoodu, to mieli się na baczności.
Niechętnie i wręcz nadludzkimi siłami zmuszając się do tego, zajęli miejsca bojowe. Mentos usiadł za celownikiem, Lue chwyciła lornetkę i zaczęła szukać źródła hałasu, a Phobos wraz z Gandem chwycili po naboju.
-Damnit! Nic nie widać! – przeklęła Lue dalej lustrując teren.
Nagle pojawił się samolot, ale wytrysnął z mgły w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Przeleciał prawie tak blisko latarni, że zahaczyłby o nią skrzydłem. Nie mieli nawet po co obracać działa, gdyż ich cel już dawno minął wyspę, a teraz nawracał. Oczekując ostrzału czy bomby wszyscy w panice rzucili się do małych kazamat, zbudowanych po bokach.
Ale nic się nie stało. Usłyszeli tylko daleki krzyk Kubaziego i tyle.
Samolot odleciał.
-Da fuck? – mruknął Mentos, ale nikt nie skomentował.
Obrazek
Sergeant Kubazi jako jedyny lubił wachtę na latarni. Mógł spokojnie sobie podumać, popatrzeć w morze które tak kochał... a widział stąd naprawdę spory akwen! Chciałby mieć kiedyś prywatne jezioro tak duże, jak teraz sięgał wzrokiem.
Poranna pobudka nie wytrąciła go specjalnie z równowagi. Po prostu wydawało mu się, że rozumie Adiego... bohatera wojennego, dzięki któremu ta placówka funkcjonowała jak należy. Jednak pułkownik miał problem i nie pozwalał sobie pomóc.
-Ech... marzenia... cóż po snach? – mruknął do siebie, wyciągając papierosa. Już miał go zapalić, kiedy nagle usłyszał samolot.
-What a hell? – mruknął, sięgając po lornetkę. Mgłą skutecznie ograniczała jego pole obserwacji, ale chyba udało mu się zlokalizować kierunek, skąd nadciągał aeroplan. Żaden z oficerów mu nie mówił nic o nisko przelatujących samolotach, więc to mogli być Niemcy.
-Znowu chcecie fotoplastykon urządzić, łajdaki, co? – zapytał przestrzeń.
A przestrzeń nieoczekiwanie odpowiedziała z pełnym hukiem!
Z mgły niczym duch ze ściany, wyskoczył dwusilnikowy szturmowiec i o cal minął latarnię. Kubazi nie wierząc własnym oczom widział, jak samolot nawraca i celuje prosto w niego.
Rzucił się do drzwi od klatki schodowej, ale było już za późno.
Od kadłuba samolotu oderwała się rakieta, która błyszcząc i dymiąc leciała na nieuchronne spotkanie z sierżantem Kubazim.
-No... NOOOO!!! OH MY GOOOOOOOOD! – zawył żołnierz, kiedy rakieta wbiła się w mur stopę od niego. Znieruchomiał i patrzył na nią... patrzył...
Gdyby jego wzrok mógł ją stopić, to już cała galeryjka zostałaby zalana płynnym metalem.
Ale... nic się więcej nie stało. Rakieta podymiła i przestała.
A Kubazi osunął się podłogę, ciężko łapiąc oddech.
Obrazek
Zbocze nie było zbyt strome, więc dawało się wspiąć nawet przy użyciu bardzo improwizacyjnego sprzętu alpinistycznego. Oczywiście każdy błąd mógł kosztować życie, ale oni ostatnio zbyt dużo ćwiczyli, by popełniać głupie błędy.
KK wszedł pierwszy. Usiadł na szynie okalającej budkę z syreną i zaczerpnął głośniej oddech. Powinien natychmiast zabezpieczyć teren, ale nie mógł złapać tchu...
Kaszlnął.
A obok coś zachrapało.
O mało podskoczyłby i spadł w przepaść, ale zdołał złapać równowagę.
Tam ktoś jest!
To dodało mu sił i ponownie wypełniło żyły adrenaliną. Poderwał się i powoli wyjrzał zza budynku.
Istotnie, w wejście do niego, oparty o framugę drzemał jakiś brytyjski żołnierz.
Nóż był tak szybki, że Tommy nawet nie przestał się uśmiechać, umierając.
KK obszukał go i po chwili znalazł duży klucz, zapewne pasujący do drzwi prowadzących do środka kompleksu. Mur dookoła był mocno popękany, być może od drgań skał wywołanych uderzeniami fal. Jednak wysadzanie go oznaczałoby hałas i alarm, a tego jeszcze nie chcieli. Pomyślał o zabraniu całego munduru, ale widoczność była słaba. Dostać przypadkową kulkę od swojego to straszna hańba.
Drzwi nie stawiały oporu i wślizgnęli się do środka. Natychmiast wskoczyli za najbliższą osłonę, czyli budkę z nie-wiadomo-czym. Beatrice wyjrzała zza winkla i stwierdziła, że widoczny po drugiej stronie budynek to sypialnia. W oknach widać tylko rzędy łóżek.
-Verfluchte! Co teraz? – spytał Skarlat.
-Tam! – Olge wskazała drzwi po lewej, znajdujące się u stóp latarni. Nie było wątpliwości, że prowadziły do wnętrza wieży, więc szybkim skokiem tam poszli.
Obrazek
Grupa Spidiego wąskim korytarzem zastawionym amunicją doszła do schodów. Nimi dotarła do małego placyku. Jak się wyjrzało, to od prawej był bunkier, w nim wielka, żelazna brama. Dalej za bunkrem zbudowano schody na górę, do poziomu latarni, a za plecami schodów stało działo morskie. Był to całkiem spory kaliber, który faktycznie mógł napędzić stracha uszkodzonemu U-Bootowi. Obsadziła je czwórka ludzi, którzy teraz w skupieniu wyczekiwali na koordynaty dowódcy z lornetką, stojącego przy relingu.
Celowniczy działa miał długie włosy, Ale Spidi miał większe problemy.
Jak zabić tę czwórkę bez hałasu?
Mieli tylko jedną broń z tłumikiem, czyli Stena Karissy. Nie dałaby rady puścić serii po wszystkich, więc musieli wykombinować coś innego.
Nagle jeden z Brytoli odwrócił głowę. Chwilę popatrzył, pokręcił głową i pokazał Spidiego reszcie. Ci już sięgnęli po pistolety...
-FEUER! – wrzasnął rozpaczliwie Spidi, wyjmując granat. Karissa wypadła ze schodów, przymierzyła i puściła serię w jednego z ładowniczych.
Ten osunął się na ziemię, ale drugi już zdążył wyciągnąć pistolet z kabury. Spudłował, ale zmusił Niemców do schowania się. Spidi rzucił granat, odliczając „21-22”, dzięki czemu ten eksplodował nad głowami Tommych. Krótki kwik poświadczył, że komuś urwało głowę.
JCF wychylił się i puścił serię z Empika, trafiając ostatniego trzymającego się na nogach Brytola, drugiego ładowniczego.
Długowłosy dowódca gdzieś zniknął, zapewne granat wyrzucił go poza barierkę. JCF i Karissa zajęli przeciwległe miejsca dookoła działa i obserwowali przedpole.
Nagle rozległ się niedaleki huk, brzdęk, a Karissa padła na ziemię. Jej hełm zdobiła teraz okrąglutka dziurka, przez którą zaczęła wypływać krew.
Spidi zagryzł wargę. Widzieć coś tak pięknego.. w ciągu sekundy zniszczonego i sprowadzonego do poszlachtowanego mięsa nie mieściło się w jego głowie.
„Na wojnie powinni umierać faceci, są do tego dostatecznie brzydcy” – pomyślał i przeżegnał się.
-JCF! Wysadzę to działo, a wtedy uciekniemy temu snajperowi!
-Ale wybuch nas też rozwali!
Na szczęście ktoś rozwiązał problem za nich. Usłyszeli krzyk i ujrzeli, jak z wysokiej galeryjki latarni coś spada i wymachuje rozpaczliwie rękoma, jak ptak co wypadł z gniazda.
Nie marnowali czasu. Spidi włożył bombę w zamek, a JCF w tym czasie wyrwał stalową kratkę z przewodu wentylacyjnego, jakby była z papieru.
-Achtung! – wrzasnął Spidi i obaj zanurkowali do tunelu. Wiedział, że ma piętnaście sekund na to, by wdrapać się do otworu po siatce maskującej i pokonać parę metrów, by nie sięgnęła go fala uderzeniowa.
-Stop! – usłyszał krzyk za sobą. Nawet nie spojrzał, tylko znikł w dziurze.
W tej samej chwili rozległ się huk. Potem zgrzyt rwanego na strzępy metalu, a z nim zmieszany upiorny krzyk. Krótki, jakby komuś rozszarpało gardło.
JCF zerknął tylko na moment, by dostrzec rzucone na ścianę zmasakrowane zwłoki w mundurze. Podbiegł do nich jakiś oficer i uklęknął, wpatrując się w zakrwawioną twarz żołnierza.
JCF krótką serią ich połączył ze sobą na zawsze.
-Los los los! – ponaglił go Spidi – Tędy dostaniemy się do drugiej części kompleksu. Pewnie brama u góry została już obsadzona. Pilnuj tyłów!
Obrazek
-Sewe i Etheral leżą obok działa, sir! – zameldował Thor Tucikowi, a ten pomagał zbudować barykadę w sztabie. Było to prostokątne, betonowe pomieszczenie z galeryjką na wysokości pierwszego piętra. Wszędzie ściany zastawiono różnymi maszynami liczącymi, agregatami i czort jeden wie czym jeszcze. Na środku był wielki stół, cały pokryty mapą Kanału La Manche, Normandii i południowej Anglii. Drewnianymi klockami i małymi chorągiewkami stworzono dużą grę wojenną, ukazującą nadchodzącą inwazję.
Do pomieszczenia prowadziły dwa wejścia ulokowane obok siebie. Jedno kończyło się kolejnym, małym pokoikiem pełnym różnej aparatury, a drugim dało się wyjść na schody prowadzące ku powierzchni. Schody zostały zrobione z żelaznej kratki i prowadziły też na galeryjkę. Pod nimi było jeszcze jedno przejście, w którym stał Gregory i pilnował, czy ktoś nie nadchodzi od strony przystani. Nie miał odwagi tam pójść, wszyscy słyszeli wybuchy i strzały na górze. Tutaj łatwiej się bronić...
Obrazek
-Dalekich lotów, dzięciole! – rzucił Skarlat za lecącym i krzyczącym w dół Brytyjczykiem. W tym samym czasie dziewczyny podkładały ładunek pod światło i antenę.
Odpaliły lonty...
-CHODU! – krzyknęła Beata i wszyscy biegiem polecieli schodami. Olge o mało nie potknęła się i nie spadła na dół... a schody zbudowano wzdłuż ścian, zostawiając w środku szeroki komin. Ta otchłań była tym groźniejsza, że nie wszędzie zbudowano barierkę.
Nagle rozległ się huk, a latarnią zatrzęsła się. Kto mógł, ten musiał złapać się barierki, ale Beatrice akurat była w miejscu, gdzie jej kawałek został wygięty.
Ręce wysunięte w panice natrafiły na pustkę.
Za nimi poleciało ciało.
Z przerażenie patrzyli jak ona leci w dół, nie krzycząc, nie płacząc.
A potem rozległ się tylko obrzydliwy i nieludzko wyraźny trzaska łamanych kości.
-Żyje! Ona chyba żyje! – powiedziała zduszonym głosem Olge – Rusza ręką!
Na dole pojawił się jakiś Brytol o stopniu kaprala. Wyciągnął pistolet i z przyłożenia strzelił leżącej w głowę. Czerwień ochlapała dwa najniższe stopnie.
Skarlat puścił serię w dół, ale trafił ponad wrogiem. Ten schował się i wyjrzawszy zza winka oddał dwa krótkie strzały.
-Pudło draniu! – powiedział mściwie KK, dokładnie wymierzając – Niech każdy wyceluje w dół. Jak tylko się pokaże, to mu podziurawimy łepetynę jak... Olge!
Kątem oka zauważył, że dziewczyna w ogóle jakby go nie słuchała. Kiwała się nieco, a w końcu zgięła się w pół i kaszlnęła krwią. Potem padła na kolana i zaczęła turlać się po schodach, jak jakiś makabryczny klown w cyrku. Pluła krwią, która osadzała się na ścianach i stopniach, znacząc tor jej upadku.
Brytyjczyk wyjrzał chcąc sprawdzić, co się dzieje, a wtedy odezwały się dwa MP40, które zgodnie z obietnicą, podziurawiły głowę Thora jak...
-Nutte! – syknął Skarlat zbiegając na dół i kucając przy obu ciałach Nie mógł uwierzyć, że one obie tak głupio zginęły, że... już... po wszystkim. Dotknął ręki Beatrice, naiwnie szukając pulsu. Nie znalazł niczego, co by go pocieszyło.
-Die Zeit is Knapp! – powiedział KK, ciągnąć go za ramię – zostaw je. Musimy zejść na dół. Tu po lewej są jakieś schody w dół.
Istotnie, przed garnizonem było szerokie zejście kojarzące się ze stacją metra w Berlinie.
Po drugiej stronie placu była wielka, żelazną brama, prowadząca do działa. Koło niej stało dwóch żołnierzy, pilnujących tej drogi.
KK wyczekał, aż się odwrócą i szybko skoczyli na dół. Zeszli po schodach, a korytarz zakręcał.
Były tu kolejne schody, a nad nimi, w suficie kratka otworu wentylacyjnego. Nagle ona pękła i spadła z upiornym brzękiem na podłogę. Wypadły z niej dwie postacie i jak worki ziemniaków łupnęły o podłogę.
KK doskoczył do jednej z nich i przyłożył jej nóż do gardła.
-Ruhe! – syknął i nagle odskoczył. Wyprostował się i zasalutował.
-Enstchuldigung, Herr Hauptmann...
-Kein Problem – odpowiedział Spidi, wstając i otrzepując mundur. Obok podniósł się też JCF.
Obie grupy popatrzyły na siebie. Dowódcy najpierw przeliczyli żołnierzy, a potem otworzyli usta, chcąc zadać to samo pytanie...
Ale zrezygnowali, gdyż odpowiedź była oczywista.
-Idziemy!
Obrazek
Barykada ze stołów, krzeseł i szafek na akta była gotowa. Colonel Adi wraz z Captainem Tucikiem też byli gotowi.
Adi rozłożył w jednym miejscu Browninga i wycelował go centralnie na schody, którymi mógł przyjść przeciwnik. Z tego miejsca bezproblemowo dało się też trafić kogoś, kto nieostrożnie nadszedłby od przystani.
-Gregory, idź zobacz czy nadchodzą! – rozkazał pułkownik.
-Panie pułkowniku, ale oni k***a strzelają!
-Wynocha!
Gregory chcąc nie chcąc podciągnął spodnie, chwycił mocniej swego Thompsona i powoli zaczął się skradać w stronę schodów prowadzących na powierzchnię. Stopień za stopniem, coraz wolniej, coraz ostrożniej... wiedząc, że każdy pokonany centymetr przybliża go do bezpośredniego starcia.
Przed oczami pojawiły mu się widmo ran i śmierci, która mogła go spotkać. Szybka, bezproblemowa śmierć na żądanie lub nie. Doskonała i jakże nowoczesna!
Kula kalibru 9 mm w sercu.
Wyszedł za róg.
I wtedy rozległy się dwa huki, jeden po drugim.
Pierwszy, to wystrzał z korytarza, który Gregory miał spenetrować.
Drugi, to jego ciało uderzające o podłogę.
Potem ktoś u góry pogratulował jakiemuś Hauptmannowi pięknego strzału.
Adi zagryzł wargę. Uważał Gregorego za totalnego idiotę, ale w takiej sytuacji każdy żołnierz był na wagę złota.
-Bhytyjczycy! Poddajcie się! Jesteście przeghani! – krzyknął jakiś Niemiec z potwornym akcentem.
-Nuts! – odpowiedział Adi. Sprawdził, czy Tucik, jest gotowy do szybkiej zmiany taśmy w razie konieczności.
Obrazek
-Co to znaczy Nuts? – spytał JCF.
-Nie wiem, pewnie że mamy spadać na drzewo... – odpowiedział Skarlat.
Nagle coś wypadło z korytarza z którego przyszli i z brzękiem upadło na podłogę
-Achtung! Granate! – Wszyscy rzucili się w stronę, gdzie leżał martwy żołnierz.
W tej samej chwili rozległ się ostry terkot karabinu maszynowego.
Pociski ze zgrzytem przebiły się przez żelazną kratkę, która tworzyła podest i schody.
Spidi ujrzał na dole, jak za barykadą jest gniazdo CKM. Odruchowo puścił serię, zupełnie nie mierząc. Ponadto uciekał od granatu. Wszyscy we czwórkę strzelili.
Terkot ustał, ale ich kanonada też.
Z rzuconego granatu szybko zaczął wydobywać się dym. Spidi pomyślał z ulgą, że to nie był ładunek wybuchowy.
Podbiegł i przeskoczył przez barierkę galeryjki, upadając na sam środek barykady. Coś trzasnęło pod nim, ale to zignorował. Z bliska dojrzał, jak amunicyjny CKMu pada na ziemię zakrwawiony. Spidi wymierzył pistolet w strzelca i w tej samej chwili dostrzegł, że to colonel.
-Halt! Hande hoch! – wrzasnął, a tamten posłusznie podniósł ręce do góry i stanął w miejscu. Spidi lufą popchnął go pod ścianę, w której akurat w tym miejscu wmurowano wielką płytę pancerną z pokrętłem.
-JCF i Skarlat nie żyją! – krzyknął KK – Ubezpieczam korytarz!
-Chodź tu i rozbrój pana generała, haha!
KK zabrał Adiemu pistolet i nóż. Adi z zaciętą miną patrzył prosto na Spidiego, chcąc go zabić wzrokiem. Niestety, nie udawało się.
KK zajął miejsce za celownikiem karabinu maszynowego. Spidi kiwnął na sejf i kazał go otworzyć. Nie miał pojęcia co tam jest, ale w sejfach nie chowa się ogórków. To musiało być coś ważnego.
Ku jego zdumieniu, Adi uśmiechnął się i posłusznie zaczął kręcić gałką. Nie minęło pięć sekund, jak rozległa się syrena alarmowa, a wejścia zamknęły wielkie kraty, które spuściły się z sufitu.
-Was geht los! – krzyknął Spidi, przystawiając Adiemu lufę do skroni – Cofnij to!
-Myślę, że mamy teraz remis – odpowiedział Adi śmiejąc się – Zabij mnie, a nigdy stąd nie wyjdziecie. Tylko ja znam kod, który podnosi kraty, a próbując je wysadzić, wysadzicie przy okazji siebie. To taka mała niespodzianka na tych, co spróbują otworzyć sejf zbyt szybko... Jedyny inny mechanizm otwierający jest za zewnątrz, ale tam są moi ludzie.
Spidi cofnął się wiedząc, że ten miał rację.
-Co proponujesz?
-Nie będę udawał. Przegrałem. Dlatego moja propozycja nie jest wygórowana. Wypuszczę nas, jeśli na honor oficera przysięgniesz, że opuścicie wyspę tak stoicie. Pozwolę wam zachować życie, ale wy nie zrobicie już więcej szkód. I tak będę miał sporo sprzątania.
-Chyba ciebie... – nie zdążył dokończyć, bo kraty same się podniosły. Adi z rozszeszonymi oczami na to patrzył, bezradnie zaciskając pięści. KK również odwrócił się, patrząc na Spidiego i czekając na rozkazy. Tyle dziwnych rzeczy naraz go totalnie skołowało.
-What the... – rzucił Adi i rozległ się strzał. KK odwrócił się i wycelował w postać, stojącą na górze galeryjki.
To był ten długowłosy żołnierz od działa. Dopiero teraz Spidi dostrzegł jego kobiece rysy twarzy. Ze swoim wzrostem mogła udawać mężczyznę, co zresztą się udawało. Jej twarz była cała zakrwawiona, ale stała w miarę pewnie. Wycelowała w KK i kazała mu opuścić broń, co ten zrobił uczynnie.
-Podpalajcie to gówno i idziemy do domu! – rozkazała władczym tonem. Pomimo, że była tylko sierżantem, to Spidi jej posłuchał. Wyciągnął z plecaka małą, żelazną manierkę z benzyną i oblał stół. Potem rzucił na to zapałkę, a momentalnie kanał La Manche zmienił się w morze ognia.
Lue poprowadziła ich korytarzem, znajdującym się za schodami, na dole. Wyszli prosto na przystań, a potem wrócili do pontonów, które szczęśliwie nie zostały porwane przez morze. Ze pewnym smutkiem Spidi stwierdził, że przypłynęli trzema pontonami, a teraz potrzebują ledwie jednego. Odwiązali go i czym prędzej odskoczyli od wyspy.
Nawet z tej perspektywy było widać dym wydobywający się z płonącego działa morskiego, a także roztrzaskane światło latarni.
Kiedy byli w połowie drogi między U-Bootem, a wyspą, Spidi w końcu zadał to pytanie, które domagało się uwagi w jego głowie od kiedy tylko podpalił stół.
-Czemu ich zdradziłaś?
Lue spojrzała na niego tak tajemniczo, jak to tylko potrafią kobiety.
-Zanim wyśle się oddział dywersyjny na misję, dobrze by cel zabezpieczał jeden z podstawionych ludzi.
-Czemu nie uaktywniłaś się wcześniej? Mamy spore straty.
-Bo mi przydzwoniłeś granatem ośle!
-Fakt... ale nie wiedziałem kim jesteś. Byłaś przy załodze działa...
-Bo nie wiedziałem, że akurat to wy uderzacie. Myśleliśmy, że to zwykły atak lotniczy. Kontakt ze sztabem miałam raczej utrudniony. Nie dostałam żadnym odłamkiem, ale siła wybuchu rzuciła mnie w morze. Miałam szczęście, że tam gdzie wpadłam, było nieco głębiej.
Spidi pokiwał głową i już o nic więcej nie spytał.


Mały bonus! Oto, jak wyglądałaby lista fragów, gdyby to była rozgrywka ET:

Inffa was stabbed by KK! Knife
Danse Macabre was stabbed by KK! Knife
Phobos was killed by Karissa Sten
Mentos was exploded by SPIDIvonMARDER grenade
GanD was killed by JCF MP40
Karissa sniped by Kubazi M1 Garand
Kubazi was pushed too far by Szkarlatny
Sewe12 was exploded to pieces from SPIDIvonMARDER dynamite
Etheral was killed from JCF MP40
Beata believed she can fly and was killed by Thor C1911
Olga was killed by Thor C1911
Grzes.pl was killed by SPIDIvonMARDER MP40
Tucik was killed by JCF MP40
Skarlatny was moved down by Adi Mobile Browning
JCF! Was moved down by Adi Mobile Browning
TEAMKILL Adi was killed by lueLOBUL Thompson
Obrazek
Awatar użytkownika
sewe12
Major
Major
Posty: 900
Rejestracja: 2011-06-29, 20:24
Nick w ET: ETPlayer
Lokalizacja: Rzeszow

Re: Nowe wolfowe opowiadanie

Post autor: sewe12 »

Świetne opowiadanie!! Dobra robota :-D coś marny ze mnie żołnierz w twojej opowieści :-/ Kiedy kolejne opowiadanie?? :-P
Obrazek
Obrazek
ODPOWIEDZ